Jako 14-letni listonosz Harcerskiej Poczty Polowej Jerzy Kasprzak roznosił korespondencję po Mokotowie. Po wojnie pracował jako dziennikarz i autor książek. Od 1945 roku mieszkał na warszawskiej Sadybie – we wrześniu tego roku jego ojciec nabył od prywatnej właścicielki mieszkanie do remontu przy ul. Godebskiego. Pan Jerzy dzielił je z rodziną: ojcem (zmarł w 1947), matką (zmarła w 1949) oraz dwoma braćmi. W latach 1945–1948 pełnił funkcję przybocznego i drużynowego 60. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej na Sadybie. Później osiedlił się z żoną i synem na osiedlu wielorodzinnym przy Sobieskiego.
W swoim długim życiu Jerzy Kasprzak przeżył wiele dramatycznych wydarzeń. Uratował się przed rozstrzelaniem w siedzibie Gestapo w Al. Szucha, przebrany za dziewczynę w grupie kobiet. Kilkakrotnie wymknął się Niemcom. Najbardziej intrygująca pozostała jednak opowieść o niedostarczonych listach z Powstania Warszawskiego.
14-letni doręczyciel z Szarych Szeregów
Podczas Powstania Warszawskiego w 1944 roku 14-letni Jerzy Kasprzak dostarczał listy po Mokotowie jako listonosz Szarych Szeregów. Służbę zakończył wraz z kapitulacją zrywu.
Jego misja listonosza miała ciąg dalszy po 24 latach. W 1967 roku Kasprzak ponownie wziął torbę z powstańczymi listami i ruszył w warszawskie ulice. Zdopingował go do tego Stanisław Giers, były żołnierz pułku AK "Baszta".
Odkrycie listów przez Stanisława Giersa
W lutym 1945 roku Stanisław Giers, żołnierz "Baszty", natknął się na mokotowskiej ulicy na kilkadziesiąt listów z pieczęciami Harcerskiej Poczty Polowej. Jego żona, ranna w obie nogi podczas Powstania, zebrała je podczas spaceru ul. Tyniecką – leżały w błocie i śniegu obok ruin domu: kartki, koperty z adresami, pocztówki. W okolicy działał mokotowski oddział poczty obsługiwany przez Zawiszaków (najmłodszych harcerzy Szarych Szeregów). Prawdopodobnie w chaosie walk harcerze musieli ewakuować punkt, zostawiając listy, lub któryś z chłopców zginął podczas przenoszenia torby.
Państwo Giersowie oczyścili i osuszyli około 70 listów. Stanisław próbował je dostarczyć pod adresy z górnego Mokotowa: Rakowiecka, Sandomierska, Kazimierzowska, Kielecka, Asfaltowa, Wiśniowa. Większość domów legła w gruzach, mieszkania spłonęły, a lokatorzy byli w obozach lub ich los pozostawał nieznany. Notował więc na listach: „Teren w ręku nie przyjaciela”, „Dom spalony”, „Adresat nieznany”. Listy trafiły do szuflady z nadzieją na przyszłe doręczenie – tak przeleżały do 1967 roku.
Spotkanie drukarza z artykułem dziennikarza
Wiosną 1967 roku Jerzy Kasprzak, już jako doświadczony dziennikarz, opublikował w harcerskiej gazecie "Świat Młodych" wspomnienia o swojej służbie w poczcie polowej. Jeden z jego tekstów trafił na warsztat Stanisława Giersa – linotypisty w drukarni przy Marszałkowskiej 3/5, gdzie składano też "Życie Warszawy" i "Świat Młodych".
Pan Jerzy wspominał:
"Ten pan (Stanisław) był drukarzem, linotypistą w zakładach drukarskich, [ulica] Marszałkowska 3/5, w którym się drukowało „Życie Warszawy” – drukowała się również moja gazeta harcerska „Świat Młodych” [...]. W tej chwili nikt nie wie, co to jest linotyp. Linotyp spełniał taką rolę, jak teraz spełnia komputer, na którym się pisze teksty i drukuje. Pan Giers na maszynie z gorącym ołowiem odlewał mój tekst o Harcerskiej Poczcie Polowej. To go zainspirowało. Skontaktował się, listy trafiły do moich rąk – oczywiście w redakcji wielka sensacja, wiedzieli przecież, że byłem w Harcerskiej Poczcie Polowej."
Najpierw Giers przekazał redakcji kilkanaście listów, potem osobiście kilkadziesiąt kolejnych. Na biurku Kasprzaka wylądowały pożółkłe pocztówki, skrawki papieru z notesów i pieczęciami oddziału "Śródmieście Płd" – wszystkie z adresami na Mokotów. Przed oczami stanął mu "Kuba" z drużyny, znikający w kanale z torbą listów.
Wiadomość dotarła do Komisji Historycznej Warszawskiej "Zawiszy". Dawni zawiszacy-listonosze zdecydowali, by mimo upływu ponad 20 lat doręczyć listy do adresatów.
Poszukiwania adresatów
Rozpoczęto nietypowe poszukiwania. Adresy wcale nie ułatwiały zadania: na listach widniały oznaczenia typu "dom spalony", nie były znane numery pocztowe oddziałów, a nazwiska kobiet zmieniły się po zamążpójściu.
Mimo to listy docierały do adresatów lub nadawców – akcja objęła Warszawę i inne miasta Polski. Kasprzak opisał ją w 1969 roku w książce "Tropami powstańczej przesyłki". Z pomocą dozorców, telefonów i redakcyjnego auta przeszukiwał Mokotów, Śródmieście, Ochotę.
Tak relacjonował tamte dni Jerzy Kasprzak:
"Podjąłem akcję odszukiwania. Po pierwsze: na piechotę pod adresy widniejące na tych listach. Odwiedziłem wiele różnych [miejsc]. Oczywiście podzieliłem na części, bo to nie sposób było [przejść] od razu cały Mokotów, tylko sobie [podzieliłem] rejonami. Brałem na przykład trzy ulice z czterema listami kierowanymi na te ulice. [Niektórych adresatów] rzeczywiście udało mi się znaleźć – pod tymi samymi adresami. Spenetrowałem tak wszystkie te adresy, posprawdzałem. To była piechota. Potem wziąłem książkę telefoniczną i szukałem w niej podobnych nazwisk. Od razu znalazłem trzy rodziny – i to znaczące."
List od skrzypaczki Grażyny Bacewicz
Książka telefoniczna pomogła w przypadku dwóch listów od sióstr Bacewicz: Grażyny – kompozytorki i skrzypaczki światowej sławy – oraz Wandy – poetki i popularyzatorki muzyki w Polskim Radiu.
Jerzy Kasprzak tak zapamiętał ten przypadek:
„Jest jesienny wieczór 1967 roku. Tego właśnie dnia »Ekspress Wieczorny« donosił: »Przewodnicząca międzynarodowego jury, Grażyna Bacewicz, o wynikach konkursu imienia Wieniawskiego – wywiad z wybitną polską kompozytorką«. Właśnie o Grażynie wspomina w swym liście jego autorka – nazwisko też się zgadza, książka telefoniczna, szukanie numeru – jest! Dzwonimy. »Wanda Bacewicz – słucham?«
„W ten oto właśnie sposób list, pisany podczas Powstania przez panią Wandę, znaną dziś poetkę i popularyzatorkę zagadnień muzycznych w polskim radio, siostrę znakomitej kompozytorki – Grażyny Bacewicz – trafił po dwudziestu trzech latach znów do jej rąk, jako nadawczyni.
„Jest tu ciekawa historia, bo list trafił do nadawczyni. W rozmowie – a byłem dosyć dociekliwy, ponieważ występowałem również jako dziennikarz i chciałem zebrać ciekawy materiał o losach każdej z takich rodzin – dowiedziałem się, że adresat, czyli Kiejstut Bacewicz – brat, do którego był kierowany list (na ulicę Grottgera), żyje. Jest rektorem Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi. Przeprosiłem panią Wandę i odebrałem jej list. Tak! Powiedziałem jej: „Proszę pani, listonosz musi wykonać zadanie tak, jak trzeba. Wobec tego poproszę adres do pana Bacewicza Kiejstuta w Łodzi i adresat otrzyma [go] tak, jak trzeba.
„Wziąłem delegację, pojechałem do Łodzi. Przyjął mnie w rektorskim gabinecie – był bardzo wzruszony. Zdaje się, że miał już nawet telefon uprzedzający, że coś takiego może go spotkać. Wtedy właśnie dowiedziałem się o losach [ludzi] z ulicy Grottgera – co tam się działo, jaki był ich los, [że] potem wrócili, mieszkanie zostało spalone, znaleźli tylko struny i sprężynę od fortepianu – ale zaczęło się nowe życie...”
List do Andrzeja Wolskiego – z dwóch perspektyw
Inny list trafił do Andrzeja Wolskiego dzięki maszynistce z redakcji.
Jerzy Kasprzak:
"(Ten) list został rozpoznany przez maszynistkę w mojej redakcji. Kiedy przepisywała mi te listy na maszynie przybiegła do mnie i mówi: „Panie redaktorze! Ja znam tego chłopca. To jest kolega mojego męża z Batalionu »Zośka«. Byli w tej samej kompanii. Nazywa się Andrzej Wolski. Mam kontakt z jego mamą, bo razem nosiłyśmy paczki do więzienia, kiedy »zośkowcy« siedzieli”.
Jerzy Kasprzak dotarł do matki Wolskiego. Andrzej Wolski wyszedł z więzienia w 1956, ukończył politechnikę i był wtedy na kontrakcie w Kongo. Matka powiedziała: „To się dopiero Jędrek zdziwi i ucieszy – powiedziała wówczas przez łzy – a jego trzynastoletni syn, Tristan, będzie miał piękną pamiątkę”. Rodzina Wolskiego mieszkała wtedy w Kinszasie.
W 1994 roku, 50 lat po Powstaniu, Wolski przysłał Kasprzyckiemu z Montrealu w Kanadzie rozdział swojej nowej książki ze wspomnieniami z czasów Powstania:
„Już przebudzili się wszyscy. Nie wiadomo skąd znalazł się kociołek z kawą, a za chwilę dziewczęta przyniosły duże pajdy chleba, które po codziennych płatkach na wodzie wydawały się niezwykłym jedzeniem. W pewnym momencie na progu dużego salonu, w którym odbywała się poranna uczta, pojawił się młody chłopiec z duża torbą przewieszoną przez ramię. »Poczta polowa!« krzyknął ten niezwykły listonosz. W gruzach Starówki zapomnieliśmy, że cokolwiek może funkcjonować normalnie. »Masz kawałek kartki?«. Okazało się, że listonosz był na to przygotowany. Wygrzebał też ołówek z dna torby. »Ty jak masz na imię?« zagadnąłem. »Jurek«. – »To powiedz mi jeszcze, Jurek, którego dziś mamy?«. – »Dziś jest 3 września«. Spojrzał na mnie zdziwiony. Po długim namyśle skleciłem jedno zdanie. »Kochani rodzice. Dajcie tą drogą znać, co u was słychać«.
"Jurek sprawdził z poważną miną, czy adres jest kompletny i wrzucił zapisany świstek do przepaścistej torby, po czym zabrał szybko podobne listy od innych i wybiegł na ulicę w stronę Mokotowskiej. Jak spod ziemi pojawił się Andrzej Morro. »Czyścić broń! Zarządzam ostre pogotowie!«”. Potem dalsze losy, żołnierze – „zośkowcy” – udali się na Czerniaków, gdzie objęli stanowiska bojowe i tam się dokonał ostatni akt Batalionu „Zośka”.
Kasprzak poznał Wolskiego osobiście wiele lat później w Warszawie. Ten drugi odwiedził swoje rodzime miasto z rodziną z okazji kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego.
Ostatni doręczony list
Pierwszy z 20 listów w książce "Tropami powstańczej przesyłki" okazał się ostatnim doręczonym – 37 lat po Powstaniu.
Brzmiał tak:
„Gołe listy. Adresat: poczta polowa 101, Drugi Batalion Szturmowy »Odwet«, starszy strzelec »VB«”. Pseudonim? Nie wiem. W każdym razie: Starszy strzelec »VB«. Warszawa, 11 sierpnia 1944 roku. Kochana mamo, przede wszystkim jestem żywy i zdrów. Do dnia 10 sierpnia byłem cały czas na Kolonii Staszica. Parę pierwszych dni było zupełnie dobrze. Od 5 sierpnia sytuację opanowali Szkopy z powodu zupełnego u broni. Faszyści robili rzezie niewinnych kobiet, dzieci i starców. Ja, dzięki Bogu, wraz z Heńkiem przetrwałem szczęśliowo i w nocy z 10 na 11 [sierpnia] przedarliśmy się do Śródmieścia, które jest prawie całkowicie opanowane przez nas. Całuję mocno, Stefan”.
O losach tego listu opowiadał Jerzy Kasprzak:
„W lutym 1981 roku mam w redakcji telefon: „Proszę pana, właśnie mam pana książkę, zdaje się, że to jest mój list. Czy mógłbym zasięgnąć bliższych informacji?”. Mówię: „Tak, bardzo proszę”. Umówiliśmy się na odpowiedni dzień, przygotowałem oryginał listu, pan przyszedł, przedstawił się jako pan Stefan Będzisz. Oczywiście on pisał ten list – pisał do mamy. Mama już nie żyła i on odebrał jako nadawca, trzydzieści siedem lat po Powstaniu.” Było to dokładnie 28 lutego 1981 roku.
Podsumowanie akcji
Akcja dostarczania powstańczych listów trwała od 1967 do 1981 roku dzięki sieci ludzi i instytucji. Odbiorcy pomagali szukać dalszych adresatów. Prasa, radio i TV informowały o sprawie, co przynosiło nowe zgłoszenia – nawet od rodzin zaginionych.
Pożegnanie na Sadybie
Pożegnanie Jerzego Kasprzaka, ps. "Albatros", zaplanowano na 7 stycznia 2026 o godz. 10.00. Uroczystości pogrzebowe rozpocznie msza św. w parafii pw. św. Tadeusza Apostoła (ul. Goraszewska 16), po której nastąpi odprowadzenie do grobu rodzinnego na Cmentarzu Czerniakowskim przy Powsińskiej.
***
Przy tworzeniu artykułu korzystaliśmy m.in. z wywiadu z Jerzym Kasprzakiem w Archiwum historii mówionej, Muzeum Powstania Warszawskiego, oraz z artykułu „Harcerska Poczta Polowa”, autorstwa Macieja Janaszek-Seydlitza, Stowarzyszenie Pamięci Powstania Warszawskiego 1944.
