Niewysoka, szczupła kobieta w niebieskim fartuchu i z twarzą owiniętą szerokim bandażem – tak zapamiętali ją mieszkańcy starej Sadyby z lat siedemdziesiątych. Wygląd Halinki od lat rozpalał wyobraźnię sąsiadów. Krążyły różne wersje: że porzucił ją ukochany i dlatego nie chciała pokazywać się ludziom, że ma szramy po okaleczeniach twarzy, że coś ukrywa.
Jeździła tramwajami, chodziła po ulicach niezależnie od pory roku, a gdy ktoś ją zaczepiał lub wyśmiewał, broniła się krzykiem i przekleństwami.
Jej historią zainteresował się w pewnym momencie sam Marek Nowakowski, znany z reportaży o ludziach z marginesu, i poświęcił jej krótki felieton w „Życiu Warszawy". Kim była kobieta, którą warszawiacy znali tylko jako zjawę w bandażach? Odpowiedź przyniosły dopiero wspomnienia Anny Michałowskiej-Smak, wieloletniej opiekunki społecznej z Sadyby, opublikowane w 2023 roku w książce-białym kruku „Wspomnienia z naszej Sadyby".
Przytaczamy te wspomnienia w całości poniżej.
Kobieta z felietonu Nowakowskiego
W jednym z numerów „Życia Warszawy" (chyba pod koniec lat siedemdziesiątych) ukazał się krótki felieton Marka Nowakowskiego, autora reportaży i opowieści o ludziach z tak zwanego marginesu społecznego, opisujący dziwną kobietę, często widywaną na ulicach Warszawy.
Wzbudzała ona zaciekawienie swoim wyglądem, ubraniem i zachowaniem. Niewysoka, szczupła, ubrana zawsze w zakrywający ją dokładnie niebieski fartuch i nigdy niepokazująca twarzy ukrytej za szerokim bandażem. Chodziła po ulicach, niezależnie od pory roku tak samo ubrana, jeździła tramwajami i autobusami.
Często bywała zaczepiana i wyśmiewana przez ludzi i wtedy stawała się niegrzeczna i agresywna – broniła się krzykiem i przekleństwami. Pan Marek Nowakowski był nią zaciekawiony i prosił o informacje na jej temat.
Po przeczytaniu artykułu zadzwoniłam do redakcji gazety i w ten sposób nawiązałam kontakt z panem Nowakowskim. Przekazałam mu swoją wiedzę o tej dziwnej kobiecie.
Halinkę poznałam kilka lat wcześniej, pracując jako terenowy opiekun społeczny na Sadybie. W tamtych czasach Dzielnicowe Ośrodki Opieki Społecznej korzystały z pomocy osób chętnych do zajmowania się podopiecznymi ośrodka i znających ludzi w swoim sąsiedztwie.
Nie będę tu opisywać szczegółów codziennej pracy opiekuna społecznego, ale dawała ona możliwość poznania i pomagania różnym osobom mającym trudną sytuację finansową, a często również zdrowotną i rodzinną. Każdy z nas – opiekunów – był pośrednikiem między podopiecznymi i ośrodkiem, który świadczył pomoc finansową i rzeczową.
Jedna izba bez wygód
Wśród wielu osób, którymi zajmowałam się w ciągu 17 lat pracy, najbliższy i nieomal codzienny kontakt miałam z Halinką. Mieszkała blisko mnie i poza spotkaniami w ramach cotygodniowych dyżurów w ośrodku zdrowia bardzo często potrzebowała pomocy w życiu codziennym.
Od kilku lat, po śmierci matki, była sama, zdana na własne siły. Jej mieszkaniem była jedna izba w starym czynszowym domu, bez jakichkolwiek wygód. W tamtych czasach było dużo takich zaniedbanych domów pod zarządem władz komunalnych.
Halinka miała dostęp do wody i do toalety na zewnątrz domu, a do ogrzewania służył jej żelazny piecyk, tzw. koza. Po śmierci matki została bez środków do życia i jedynym źródłem utrzymania był stały zasiłek w wysokości 270 złotych i doraźna pomoc – raz w roku załatwiałam jej dostawę węgla i trochę pieniędzy na tzw. dożywianie.
Choroba, o której nie mówiono
Ogromnym problemem i główną przeszkodą w poprawie jej sytuacji była niewątpliwie choroba psychiczna. Moja koleżanka, która zajmowała się Halinką przede mną, znała jej matkę i od niej wiedziała, że była to prawdopodobnie schizofrenia.
Nie było wiadomo, dlaczego nie była leczona, mimo że pochodziła z normalnego domu. Halinka powiedziała mi kiedyś, że jako dziewczynka uczyła się muzyki. Nie wiem, jakie były koleje losu jej rodziny i co spowodowało nędzę, w jakiej żyła.
Usiłowałam namówić ją na kontakt z lekarzem, co ułatwiłoby otrzymanie renty inwalidzkiej. Nic z tego nie wyszło. Gdy raz namówiłam panią doktor psychiatrę do odwiedzenia i przebadania Halinki w domu, urządziła ona taką awanturę, że lekarka uciekła w popłochu.
Twarz spod bandaża
Marek Nowakowski pytał mnie o przyczynę ukrywania przez nią twarzy. Ludzie snuli różne opowieści. A to, że porzucił ją ukochany i dlatego nie chciała nikomu się pokazywać. Inna wersja – że miała szramy po okaleczeniach twarzy.
Z wielkim trudem udało mi się zdobyć zaufanie Halinki i przy naszych osobistych kontaktach zdejmowała bandaże. Miała ładną, delikatną twarz, śliczną jasną cerę, i gdy się uśmiechała (co było bardzo rzadkie, ale tym bardziej cenne), była naprawdę uroczą starszą osobą.
Wiem, że bała się zarazków i kurzu, a jednocześnie chorobliwie chroniła się przed wzrokiem obcych ludzi, którym nie ufała i od których doznawała wielu przykrości. To wszystko opowiedziałam panu Nowakowskiemu, ale nie wiem, czy zaspokoiłam jego zainteresowanie i ciekawość.
Nawlekanie igły i przepalona żarówka
A co było dalej? Przeszło jeszcze wiele lat naszej bliskości. Halinka przychodziła do mnie z różnymi kłopotami. A to trzeba było nawlec igłę, bo właśnie musiała pocerować ubranie, a innym razem zmienić przepaloną żarówkę.
Raz ubawiła mnie szczególnie. W tych latach wśród wielu produktów, które były na kartki, znalazło się również mydło. Dokładnie pamiętam, że można było kupić dwa mydła na kwartał. Halinka zużywała dużo mydła, gdyż codziennie prała swoje bandaże i dbała o higienę. Dokonywałyśmy z koleżankami cudów, aby zdobywać dla niej ten trudno dostępny produkt.
Pewnego razu Halinka przyszła do mnie bardzo zdenerwowana i powiedziała: „Nie mam się czym umyć i niech pani powie, czy to jest normalne, że nie można kupić mydła?". I pomyśleć, że ta chora kobieta ujęła w słowa to, co nas wtedy otaczało. Nie – to nie było normalne, jak zresztą jeszcze wiele innych rzeczy. Gdy to wspominam, nie mogę pojąć, że teraz tak zwani normalni ludzie tego nie pamiętają i dobrze wspominają tamte czasy.
Ostatnie dni Halinki
Z biegiem lat Halinka była coraz słabsza, ale nie dawała zaprowadzić się do lekarza. Nie chciała też przyjmować żadnych leków ani cieplejszego ubrania. Jedynym ustępstwem z jej strony było przyjęcie ode mnie ciepłego swetra, gdy powiedziałam, że sama go dla niej zrobiłam.
Pewnego zimnego dnia, nie widząc jej od kilku dni, usiłowałam dostać się do jej mieszkania. Długo nie chciała otworzyć drzwi, ale wreszcie uległa moim błaganiom. Leżała na podłodze, brudna i w nieczystościach, było oczywiste, że jest bardzo chora.
Wezwałam pogotowie, ale nie zgodziła się na pójście do szpitala. Gdy pacjent nie wyraża zgody, a wzywający nie jest rodziną i nie ma pełnomocnictwa, lekarze nie mogą go zabrać siłą. Po kilku godzinach, gdy stan Halinki był coraz gorszy, wezwałam pogotowie po raz drugi – tym razem psychiatryczne. I znowu dostałam odmowę zabrania do szpitala, ale byłam już tak zdesperowana, że zagroziłam lekarzowi sądem, jeśli chora umrze bez pomocy. To poskutkowało i mimo oporu fizycznego Halinki zabrano ją do szpitala na Sobieskiego.
„O, to pani Haneczka"
Następnego dnia, z duszą na ramieniu, poszłam ją odwiedzić. Bardzo się bałam, że mając do mnie pretensje o to, że się tam znalazła wbrew swojej woli, nie będzie chciała mnie widzieć. Pełna obaw i przygotowana na najgorsze wyzwiska weszłam na salę chorych.
Moja Halinka leżała w czystym łóżku i miała odsłoniętą twarz. Spojrzała na mnie i uśmiechając się, powiedziała: „O, to pani Haneczka". Była to największa nagroda, jaką otrzymałam kiedykolwiek od któregoś z moich podopiecznych w ciągu kilkunastu lat pracy.
Po kilku dniach Halinka zmarła. Dzielnicowy Ośrodek Opieki Społecznej pochował ją na cmentarzu na Wólce Węglowej. Uprosiłam księdza, aby odprawił egzekwie i pożegnał zmarłą, choć nie było wiadomo nic o jej stosunku do wiary i do Kościoła. Na pogrzebie byłyśmy tylko we dwie z moją koleżanką, z którą pracowałyśmy razem przez wiele lat jako opiekunki społeczne.
Tajemnica do końca
Do końca, mimo wielu lat bliskich kontaktów, Halinka pozostaje dla mnie tajemnicą. Nigdy nie zapytałam jej o powód ukrywania twarzy. Może właśnie dlatego darzyła mnie zaufaniem i udawało mi się choć trochę jej pomagać.
***
Śródtytuły pochodzą od redakcji. Historia Halinki ukazała się w książce „Wspomnienia z naszej Sadyby", wydanej w 2023 roku w ograniczonym nakładzie publikacji, zleconej przez dzielnicę Mokotów, a przygotowanej przez Wytwórnię Inicjatyw Twórczych. Jej autorami są dorośli mieszkańcy Sadyby, którzy jako dzieci dorastali w tej części Warszawy na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jeden z rozdziałów – ten poświęcony Halince – napisała właśnie Anna Michałowska-Smak.
