Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc na starej Sadybie jest pomnik kolejki wąskotorowej wilanowskiej na rogu Okrężnej i Powsińskiej. Niewiele osób wie, że pomysł by stanął on na niby-przystanku Stacja Sadyba pojawił się stosunkowo niedawno, bo zaledwie 10 lat temu. W 2015 roku zwyciężył w głosowaniu mieszkańców Warszawy w budżecie obywatelskim. O tym co symbolizuje parowóz, o historii kolejki wilanowskiej, opowiada pomysłodawca sadybiańskiej atrakcji, Tomasz Trepka.
Historia Kolejki Wilanowskiej zaczęła się w połowie 1890 roku. Doszło wtedy do spotkania trzech dżentelmenów: Wiktora Magnusa, właściciela Dolnego Mokotowa, Henryka Hussa, znakomitego inżyniera i Jana Kellera, ówczesnego dzierżawcy restauracji „Promenada”, oddalonej o około kilometra od rogatki belwederskiej. Ten ostatni właśnie wpadł na pomysł, by swoich gości dowozić z miasta wąskotorowym tramwajem konnym.
Droga Królewska, dzisiejsza Belwederska, prowadziła wśród niskiej, wiejskiej zabudowy Dolnego Mokotowa. Było to miejsce pełne ogródków restauracyjnych, teatrzyków i kręgów tanecznych, które słynęły w Warszawie ze znakomitej zabawy. Licznych gości dowoziły tam wyłącznie dorożki konne. Tak więc budowa wąskotorowej kolejki spacerowej była pomysłem nie tylko znakomitym, ale też bardzo przydatnym i opłacalnym.
Właściciel Dolnego Mokotowa, Wiktor Magnus, był synem znakomitego kompozytora i wydawcy, Karola Ludwika Magnusa. Był wielkim zwolennikiem wcielenia Mokotowa do Warszawy. Był człowiekiem wykształconym, a przy tym posiadał zdolności i zamiłowania muzyczne. Uczestniczył w pracach komitetu budowy Filharmonii w Warszawie oraz ufundował pomnik Fryderyka Chopina w Dusznikach. Gorąco poparł projekt budowy wycieczkowej kolejki wąskotorowej, przewożącej pasażerów od rogatki belwederskiej do Wilanowa. W projekcie tym zobaczył szansę rozwoju Mokotowa.
Wiosną 1891 roku Wiktor Magnus i Henryk Huss założyli spółkę i już w kwietniu, tego samego roku, rozpoczęły się prace ziemne wzdłuż Drogi Królewskiej. Roboty ziemne i torowe prowadzono z ogromnym rozmachem, równocześnie na całej trasie. Kurier Warszawski z dnia 5 maja 1891 roku tak opisywał to wydarzenie: „dwa dni kapitalnej pogody sprawiło znaczny postęp w prowadzonych robotach przy budowie kolejki podmiejskiej. Setki robotników pracują na całej linii, a inżynier Huss ciągle znajduje się na miejscu budowy”.
Torowisko kolejki ułożono wzdłuż Drogi Królewskiej do Marcelina. A następnie, wzdłuż Drogi Książęcej (dzisiejszej Chełmskiej) przez Sielce, wzdłuż Traktu Czerniakowskiego do Wójtówki i dalej do Czerniakowa. Dalszą trasę wytyczono równolegle wzdłuż traktu, z ominięciem fortów na Czerniakowie ulicą Okrężną, aż do Wilanowa.
Na całej trasie ułożono, na podkładach bukowych i sosnowych, lekki tor pod trakcję konną z szyn o ciężarze 12 kilogramów na metr bieżący. Na trasie zbudowano 5 mostków o łącznej długości 14 metrów, na murowanych przyczółkach z cegły i z belek stalowych.
Stację początkową usytuowano na rogu dzsiejszych ulic: Belwederskiej i Sulkiewicza. Na placyku o powierzchni 200 m2 zbudowano poczekalnię dla pasażerów, stajnię dla koni, remizę dla wagonów, magazyny, warsztaty i pomieszczenia gospodarcze. Na tysięcznym setnym metrze trasy zbudowano drugą stację kolejki, przystanek Marcelin, z mijanką. Następną mijankę zbudowano we wsi Wójtówka przy Trakcie Czerniakowskim. Na przystanku tym usypano peron ze żwiru, a w poczekalni uruchomiono bufet. Kolejny przystanek powstał przy klasztorze Bernardynów, przy obecnej Bernardyńskiej. A następny, w Czerniakowie, gdzie usypano peron ziemny z mijanką i zbudowano krytą poczekalnię.
W dniu 10 maja 1891 roku, pierwszy odcinek kolejki, dochodzący do Czerniakowa, był już gotowy. Zarząd Kolei Konnej Wilanowskiej zawarł umowę z firmą Jamiołkowski na dostawę uprzęży oraz koni i wystąpił o zezwolenie na prowadzenie ruchu pasażerskiego na tym odcinku. Już w dniu 16 maja, tego samego roku, o godzinie 19-tej, wyruszył pierwszy pociąg konny, na razie tylko do Czerniakowa.
Tymczasem, kontynuowano prace na dalszej trasie, do Wilanowa. Do jesieni przeprowadzono prace niwelujące koronę torów, wymurowano przyczółki mostowe i wytyczono przebieg kolejki wokół Fortu Czerniakowskiego (od współczesnej ul.Powsińskiej, przez Pl.Rembowskiego, ul.Okrężną i dalej wzdłuż Powsińskiej do Wilanowa). Wczesna zima w 1891 przerwała prace, które ruszyły w marcu 1892 roku. Odcinek kolejki prowadzący do Wilanowa ukończono w połowie kwietnia i ponownie zwrócono się o techniczny odbiór nowego odcinka. Po przeprowadzonej kontroli, spółka Kolej Konna Wilanowska otrzymała już stałe zezwolenie na prowadzenie ruchu publicznego na całej trasie, od stacji Belweder do stacji Wilanów.
Cała linia kolejki wąskotorowej miała ok. 7 kilometrów długości. Ostatecznie, na trasie kolejki usytuowane zostały następujące stacje i mniejsze przystanki: Belweder, Promenada, Marcelin, Bogucin, Sielce, Wójtówka, Klasztor, Czerniaków, Święty Jan i Wilanów.
Uroczystość otwarcia całej trasy odbyła się 5 maja 1892 roku, na moście zbudowanym nad rowem oddzielającym pola czerniakowskie od pól wilanowskich, tuż obok przydrożnej figury św. Jana Nepomucena (dzisiaj stojącej przed budynkiem telewizji TVN). Linię poświęcił ksiądz rektor Zygmunt Chełmicki. Z licznych relacji ówczesnej prasy warszawskiej , możemy dowiedzieć się o wielu szczegółach tej uroczystości. O przepięknej pogodzie, która uświetniła dzień otwarcia linii kolejki, o wypożyczalni kucyków i koni w Wilanowie, o wykwintnych pasażerach jadących w wagonie, o ubiorze konduktora i kontrolera ruchu, o św. Bonifacym, patronie kasjerów i o restauracji w Wilanowie.
Uruchomienie pierwszej kolejki wąskotorowej w Kongresówce stało się wielkim wydarzeniem. Tak, jak modne były dotychczas niedzielne wycieczki parostatkiem do Młocin, tak teraz stały się modne wycieczki kolejką do Wilanowa. W pogodne dni frekwencja była tak duża, że uruchamiano dodatkowe pociągi konne. Już w pierwszym roku działalności kolejki przewieziono 120 tys. pasażerów, którzy za tę przyjemność zapłacili olbrzymią sumę ok. 7 tys. rubli. Po odliczeniu kosztów zysk okazał się tak znaczny, że natychmiast rozsprzedano wszystkie udziały spółki. W światku finansowym Warszawy zawrzało. Zaczęto obmyślać kolejne przedsięwzięcia tego typu i w ten sposób, turystyka i rekreacja, wybiły się w naszym mieście na pozycję jednych z najważniejszych dziedzin ówczesnego stołecznego biznesu.
W roku 1896 linię przedłużono do Konstancina, a następnie do Piaseczna. Napęd konny zastąpiono lokomotywami parowymi zakupionymi w niemieckiej firmie Orenstein&Koppel. Oprócz pasażerów kolejka zaczęła przewozić także towary z cegielni i papierni w Konstancinie. Prawie całkowitej zagładzie kolejka wilanowska uległa w 1915 roku podczas ewakuacji wojsk rosyjskich z Warszawy. Czego nie dało się zabrać, zostało spalone. Okupacyjne wojska niemieckie uruchomiły ją ponownie w roku 1916, sprowadzając z Niemiec mocne parowozy oraz nowocześniejsze wagony. W takim kształcie kolejka funkcjonowała przez cały okres międzywojenny. Ponownej dewastacji dokonano w 1944 roku przez wycofujące się oddziały wojsk niemieckich. W maju 1945 roku uruchomiono kolejkę na trasie z Belwederskiej do Iwicznej, a w 1957 skrócono do Wilanowa. Ze względu na rozbudowę miasta, kolejkę wilanowską całkowicie zlikwidowano w 1971 roku.
Tomasz Trepka
Śródtytuły pochodzą od redakcji
Firma zaangażowana w budowę nowego centrum Warszawy już na wstępie notuje opóźnienie w przebudowie przedwojennego traktu na Sadybie.
Nowa odnoga tramwajowa na Stegny uwidoczniła braki w ścieżce rowerowej przez św. Bonifacego. ZDM zamierza wkrótce je uzupełnić.
Wykonawca trasy tramwajowej do Wilanowa chwali się ostatnio postępami na placu budowy. Dotyczą one jednak tylko torowiska i dróg. Nic nie wspomina o ścieżce rowerowej. W liście do redakcji, nasz czytelnik wskazuje, że ta nadal jest w fatalnym stanie. ZDM obiecuje poprawę.
Weronika Falkowska powtórzyła w Warszawie swój największy sukces na zawodowych kortach.
1 sierpnia 1944. Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego na Sadybie, widziany oczami 11-letniego Maćka Piekarskiego. I już na początku cichy dramat o pożegnaniu: „Matka zamknęła drzwi, odwróciła się do mnie i powiedziała szeptem przez łzy: „On nie wróci…”
Klub judo na Sadybie własnymi siłami remontuje zrujnowany miejski lokal. Aby móc dokończyć remont i ruszyć z zajęciami dla dzieci, musi jednak najpierw spłacić dług wobec miasta. Jeśli tego nie zrobi, zostanie wyrzucony z w pół wyremontowanego lokalu. Wobec braku wsparcia ze strony ministerstwa, miasta i dzielnicy, klub szuka zewnętrznego sponsora.
Do lat 1970. inteligencka Sadyba (zwana Miastem Ogrodem Czerniaków) i robotniczo-przestępczy Czerniaków - to były dwa światy, które się nawzajem nie przenikały, żyjąc osobnym życiem. Dzieliła je jedna ulica - Bernardyńska. O tym jak wyglądał ten świat opowiada znany literat i polityk, Marek Karpiński, który swoje dzieciństwo przeżył nieopodal - w dworku nad Jeziorem Czerniakowskim.
Obecna stara Sadyba przed II wojną św. była pełną zieleni oazą spokoju, zemieszkałą przez urzędników, przedsiębiorców i oficerów z rodzinami. Już wtedy inteligenckie miasto-ogród, jak zwano Sadybę, rozwijało się na granicy z robotniczo-przestępczym Czerniakowem. Granicę tę najlepiej obrazuje nieistniejące już skrzyżowanie św. Bonifacego i Bernardyńskiej. Opisał je zmarły w 2023 roku Marek Karpiński, literat, polityk i właściciel zabytkowego dworku nad Jeziorkiem Czerniakowskim, w swojej książce "Puzzle pamięci" z 2021 roku. Oto fragment jego opowieści.
Tego skrzyżowania już nie ma. Kiedyś jednak gruntowa Bonifacego (podówczas jeszcze świętego) krzyżowała się z brukowaną Bernardyńską. Bonifacego wiosną i jesienią tonęła w błocie, latem pyliła, zimą odpoczywała pod śniegiem świecąc ślizgawkami zamarzniętych kałuż. Śnieg usuwało się specjalnym drewnianym pługiem mającym kształt trójkąta bez jednego boku. Wewnątrz tego rozwarcia szły konie stąpając po odgarniętej już drodze. Wiodła ona od gazowych latarń Sadyby (niektóre z nich wciąż jeszcze funkcjonują) zwanej wtedy „Miasto Ogród” ku Bernardyńskiej; zaraz po niej stawała się zwyczajną polną miedzą tracąc tak swoją nazwę jak i patrona. Koncepcję Miast Ogrodów wymyślił w 1898 w Anglii Ebenezer Howard i miała ona służyć poprzez budowę zatopionych w zieleni satelickich przedmieść rozładowaniu metropolitalnych molochów. Ale Warszawa to nie Londyn, i tak była otoczona wioskami, więc budowa Miasta Ogrodu była raczej wyrazem snobizmu niż urbanistycznej potrzeby.
Zaraz po minięciu ulicy Gołkowskiej stał dom Państwa Rudnickich. Była to typowa zabudowa warszawskiego przedmieścia – jednokondygnacyjne (podpiwniczone) pudełko z krytym papą dachem. Tynkowany był na szaro – innego koloru ówczesne tynki nie znały. Wchodziło się doń od tyłu przez werandkę pełniącą jednocześnie funkcję sieni. Sam dom stał w ogrodzie, którego uprawy miały wyłącznie użytkowy charakter: warzywnik, parę drzew owocowych, krzaki czarnych, białych i czerwonych porzeczek. To była domena pani Rudnickiej, która zajmowała się domem. Pan Rudnicki pracował w Porcie Lotniczym na Okęciu. Wojnę przebył w Wielkiej Brytanii, gdzie latał w RAF-ie i był radiooperatorem na bombowcach. Mieli dwu synów: Krzyśka i Wojtka. Z Krzysztofem (w moim wieku) przyjaźniłem się ja, natomiast starszy, Wojtek był raczej kompanem moich starszych braci. My wszyscy bowiem spędzaliśmy w Czerniakowie wakacje ( u nas w rodzinie mówiło się „w”, a nie „na”; jeździło się „do”, a nie „na”). Czerniakowski dworek położony jak na wsi, nad jeziorem, w obrębie stolicy był wymarzonym miejscem spędzania „lata w mieście”. Nasze więc znajomości z młodymi Rudnickimi nie miały przypadkowego charakteru.
Z Krzysiem, z niemałą fascynacją, oglądaliśmy potajemnie wyciągnięty z szafy mundur jego ojca. Stalowoszary uniform miał na lewym rękawie naszyty wygięty napis POLAND. Nad kieszenią z baretkami był znak ujęty w dwa skrzydła (tak jakby za chwilę miały odlecieć) a w nim obramowane wieńcem z dębowych liści litery RAF. Przymierzanie tego munduru miało w sobie coś mistycznego. Ubierając się w cudzą skórę chcieliśmy wpisać się w wydarzenia, na które – z racji daty urodzin – spóźniliśmy się. Podobnie rzecz się miała z obnoszeniem się w niemieckim Stalhelmie (dużo ich na polskich wsiach służyło wtedy jako karmniki dla kur) z dumnie wymalowaną, powstańczą, biało-czerwoną opaską.
Lubiliśmy przywłaszczać sobie cudze szaty, konstruować życiorysy, których nie dane nam było przeżyć. Zabawy dziecięce mają charakter wcieleniowy. Są do bólu teatralne. Nie było to nic z góry ustalonego, ale jak w commedia dell’arte odgrywaliśmy sytuacje i charaktery. W rezultacie Powstanie Warszawskie było wygrane, a Ojczyzna wolna tak od Niemców jak i od bolszewików. Świat na zewnątrz przeczył temu, ale nie po to jest teatr, aby scena nie odcinała się od ulicy.
Wojtka natomiast spotkałem po latach już jako wysoki urzędnik Kancelarii Prezydenta RP, on zaś był sędzią Sadu Najwyższego. Stał w sędziowskim szeregu i najpierw Prezydent a potem ja ściskaliśmy mu prawicę. Wtedy, na Bonifacego, wymyślałem różne fantastyczne sytuacje - ta jednak była daleko poza horyzontem mojej wyobraźni.
U Państwa Rudnickich izba na lewo od wejścia zamieniona była na warsztat radiotechniczny. Pan domu dorabiał sobie naprawą okolicznych odbiorników. Pełno tam było kondensatorów, oporników, transformatorów, przyrządów pomiarowych, których przewody zakończone były tak zwanymi krokodylkami, wszelkich drutów i drucików oraz zapachu kalafonii używanej do lutowania. Ówczesne radia mocno różniły się od współczesnych – nie miały ani drukowanych obwodów, ani tranzystorów. Była to solidna skrzynia, którą wypełniały lampy i całe mnóstwo elektronicznych gadżetów. Ośmiolampowa superheterodyna to brzmiało dumnie, ale też musiało mieć odpowiednie do dumy rozmiary. Nad skalą tkwiło i świeciło zielenią tak zwane magiczne oko, służące do dostrajania sygnału.
Kiedyś moja ciocia miała z odbiornikiem następującą przygodę. Gdy odmówił współpracy i zamilkł, został odniesiony do pana Rudnickiego. Po jakimś czasie ten zaprosił nas do siebie obiecując, że pokaże nam coś ciekawego. W warsztacie stał aparat odwrócony do nas tyłem. Miał zdjęte plecy i naszym oczom ukazał się dziwny widok. Wewnątrz odbiornika uwiły sobie gniazdo myszy. Grzały się w cieple lamp, żywiły się natłuszczonym papierem stanowiącym izolacje niektórych przewodów, samo gniazdo zaś sporządziły z pogryzionej plastikowej izolacji. W czasie, gdy żyjemy pod presją myszy komputerowych, te radiowe wspominam z niejakim rozrzewnieniem.
Następny dom miał ciekawą architekturę: na murowanych piwnicach, wyniesionych gdzieś półtora metra nad poziom gruntu, wznosiła się drewniana budowla. Mieszkali w nim między innymi Andrzej Bonarski i Arika Madeyska. Andrzej wtedy jeszcze nie prozaik, ani nie marszand dzieł sztuki; był prostym absolwentem matematyki – dziedziny, w której się nigdy nie realizował. Arika, malarka, wyjechała potem do Paryża. Ostatnio odbyła się w Warszawie wystawa „Oni wybrali Paryż”, gdzie wystawiane były także jej prace. Przedtem Arika, jeszcze ze swoim mężem Madejem (skrót od znanego zbójcy), mieszkała w dworku mojej mamy. Obowiązywało zagęszczenie kwaterunkowe i moja mama uważała, że jako lokatorów lepiej jest mieć malarzy niż nożowników. Zresztą domek na Bonifacego był własnością mojej babki, tyle, że całkowicie przejętą przez kwaterunek. Mąż Ariki, również malarz, był alkoholikiem i Marek Nowakowski pisał o nim jako o Aniele Zagłady.
Wiadomo, że artyści klepią biedę, więc chwytają się najrozmaitszych chałtur. Pamiętam jak Andrzej z Ariką malowali parasole ogrodowe o kawiarni. Modna wówczas była sztuka abstrakcyjna jako odreagowanie socrealistycznej poprawności. Wielkie białe koła rozpostarte były na trawie. Oboje używali techniki taszystowskiej. Po prostu maczali w farbie pędzle i chlapali nimi na płótno. Powstawało w ten sposób mnóstwo barwnych kropek na białych kołach przyszłych parasoli. Poruszając się po okręgu, zmieniając miejsce pryskania i kolor farby tworzyli awangardowe malowidła. Awangarda była wtedy w modzie – nawet firanki i filiżanki musiały być w obowiązkowe „pikasy”. Nazwisko tego hiszpańskiego malarza służyło jako symbol sztuki abstrakcyjnej, której skądinąd nigdy nie uprawiał. Chlapali farbą oboje, ale tylko Arika miała papiery zaświadczające, że jest artystką. Widok ten zlikwidował moją fascynację awangardą z jednej strony, zaś moje zaufanie do dyplomów Akademii Sztuk Pięknych z drugiej.
Za domem, gdzie mieszkali Arika i Andrzej, było właściwe skrzyżowanie, przebiegał bruk ulicy Bernardyńskiej. Były to tak zwane „kocie łby” (kalka z niemieckiego Kopfsteinflaster) – stosowana do lat 50. XX wieku technika brukarska, która zalecała się tym, że kamień polny, który był na miejscu, służył jako główny budulec. Także i tym, że trakcji konnej (dominującej w owym czasie) dawała dobre oparcie pod kopyta, tak aby się nie ślizgały. Wadą zaś była nierówna powierzchnia, na której wykręcały się kostki, pojazdy terkotały niemiłosiernie, rujnowały zawieszenie i nie mogły rozwijać szybkości. Cała jakby zrobiona z małych „śpiących policjantów”.
Ulica ta powstała dzięki założeniu Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, marszałka wielkiego koronnego, który stworzył trójkąt według projektu Tylmana z Gameren, obejmujący tak zwaną Łazienkę (która za czasów Stanisława Augusta przekształciła się w Łazienki Królewskie) dalej Kościół na Placu Bernardyńskim oraz pałacyk Myśliwski nad Jeziorkiem Czerniakowskim (następcą jego jest dworek, w którym z czasów Lubomirskiego pozostał jedynie kominek). Ten ostatni bok trójkąta tworzył właśnie ulicę Bernardyńską. Domy na niej miały charakterystyczne ganki, gdyż mogły też służyć jako karczmy. Przede wszystkim 14 maja, w dzień świętego Bonifacego, którego relikwie ofiarowane Lubomirskiemu przez papieża Innocentego spoczywały (i spoczywają) pod ołtarzem kościoła. Odbywał się wtedy wielki odpust uwieczniony na przykład pędzlem Maksymiliana Gierymskiego. Ale i w zwykłe, powszednie święto wierni, nasyciwszy swój duchowy wymiar, mogli skrzepić i cielesność. To po prawej stronie; lewa była pusta, aż do powstanie figury ufundowanej przez mego dziadka i pana Grochalę (miejscowego potentata i właściciela sklepu na Sadybie). Dalej był dwupiętrowy murowany dom (jedyny murowany i jedyny, który ostał się ze starej zabudowy wśród punktowców osiedla Bernardyńska). Budownictwo murowane nie dominowało w tym rejonie, aż do rogu z Bonifacego gdzie (naprzeciw tego „artystycznego”) stał dom Górniaków.
Dom ten był zbudowany z cegły. Niby nic dziwnego - z tego materiału najczęściej stawia się budynki. Ale była to cegła specjalna: kradziona (rzadko co miało u Górniaków inną proweniencję) oraz rozbiórkowa. Właściwszym słowem byłoby „ruinowa”. Miała różne barwy dzięki różnym datom pochodzenia, odmiennym sposobom wypalania: tak w procesie produkcji jak i w procesie historycznym – niektóre całkiem solidnie osmolone płomieniami Września, Powstania lub miotaczy hitlerowskich Vernichtungskommando. Zlepione były niezręczną, chałupniczą murarką, a te niewymiarowe przyciskały papę dachu, chroniąc ją przed podmuchami wiatru.
Powojenna historia warszawskich cegieł to temat na osobne opowiadanie. Najpierw było ich w nadmiarze. Na Muranowie nie poradzono sobie z ich wywozem i pobudowano całą dzielnicę na pagórkach gruzu. Z ich ułomków zbudowano Stadion X-lecia. Sam bawiłem się w ruinach wrzucając cegły do zsypu, który pozostał w jedynej ocalałej ścianie budynku, na którą się wspinałem – odpowiadał mi głuchy turkot spadającego gruzu. Warszawski bandyta zdybawszy kogoś w ciemnej ulicy proponował: „Kup pan cegłę”, co stanowiło elegancką zamianę zwykłego rabunku w stosunek ekonomiczny kupna-sprzedaży. Czasami nawet posługiwał się sloganem reklamowym: „Kup pan cegłę za sto złotych – cegła lepsza od kapoty”. Z czasem gruz uprzątnięto, małe cegielnie zamknięto, postawiono na wielką płytę. Cegła stała się towarem poszukiwanym. Teraz mrowiło się od ogłoszeń: „Kupię cegłę”. A nie było to łatwe – trzeba było mieć dojścia, chody, znajomości. Nastała bowiem epoka nie tylko wielkiej płyty ale i wielkiego braku. Dopiero po 1989, gdy nastał kapitalizm, cegła stała się normalnym towarem rynkowym.
Wracając do domostwa Górniaków. Ten parterowy domek miał małą kubaturę – gdzieś 3m x 4m x 2,5m. A Górniaków było dwunastu. Jednak nie było strasznego zagęszczenia, bo przynajmniej trójka z nich zawsze przebywała aktualnie w więzieniu. Zakłady penitencjarne nie tylko walczyły z zagęszczeniem ale też przyzwyczajały do życia w ciasnocie. Byli to bowiem bandyci. W wykonaniu jednego z nich widziałem bójkę na noże. Nie była to z żadnej strony próba zabójstwa czy celowego ciężkiego uszkodzenia ciała. Był to raczej rodzaj zawodów szermierczych ze ściśle określonymi regułami i ściśle wyznaczonym polem trafień. Przeciwnicy rozebrani do podkoszulek i spodenek kłuli się i cieli po ozdobionych tatuażami rekach i nogach. Głowa i korpus były wyłączone. To był jakby negatyw szermierki, jaką ja uprawiałem. Ze sznytów (blizn) byli tak dumni, jak burszowie ze swoich szram. Dziś sznyty są śladami samookaleczeń i autoagresji. Wtedy były oznaką szlachetnego współzawodnictwa. Przy Górniakach można było się czuć bezpiecznie: obcy się ich bali, swoim nic nie zrobili. Bandyci tego czasu wtapiali się w lokalną społeczność zamiast ją terroryzować.
Następna posesja należała do ubeka Homy. Nie wiem w jakich okolicznościach wyrzucono go z aparatu, ale jak Cincinatus po trudach utrwalania władzy ludowej osiadł na roli i zajął się hodowlą. Spiętrzył w zagłębieniu lokalną strugę i hodował karpie. Karmił je w dość specjalny sposób: w centrum tego stawiku tkwiły cztery paliki, które wyznaczały wierzchołki kwadratu. Miedzy nimi rozpostarta była siatka, a w jej środku spoczywała taka o gęstszych oczkach. Tam spoczywał ochłap mięsa stanowiący przynętę dla licznych much. Składane przez nie białe larwy rozpełzały się i poprzez szersze oka wpadały do wody stając się karmą ryb. Zafascynowany tym prostym modelem obiegu pokarmowego poprosiłem o wyjaśnienia. Ubek (a miał on skłonności filozoficzne) tak tłumaczył: „To tak jak z ludźmi – odejdzie taki od tego, gdzie mu jeść dają i zaraz wpadnie, i zaraz go pożrą”.
Homa hodował też gołębie. Niebo tamtych czasów i tamtej okolicy pełne było krążących ptaków; ziemia zaś mężczyzn, którzy ostrym gwizdem i machaniem szmaty na kiju namawiali swoje stada do krążenia. Kiedy spytałem byłego pracownika resortu, czy się nie boi, że któryś z jego hodowli przyłączy się do konkurencji ten (a o jego refleksyjnej naturze już wiadomo) odpowiedział: „Z nimi to jak z ludźmi – jak się da takiemu dobre ziarno i dobrą samicę, to nie ucieknie”. Z Homą było tak jak z Górniakami – niby ubek, co prawda spensjonowany, ale ze służby się przecież nie odchodzi, na swoich nie kablował. Duch wspólnoty zwyciężał.
Za Homą gdzieś ku Wolickiej rozciągały się tylko pola i ugory, poprzecinane miedzami. To było po lewej stronie (idąc od Sadyby – Miasta 0grodu). Prawą stronę zajmowało coś, co w księgach wieczystych nosiło nazwę „Ogrody Czerniakowskie” i na co miejscowi mówili „Majątek”. Była to własność miasta, a jeszcze przed Dekretem Bieruta mojej matki, a jeszcze przedtem jej ojca. Matka – inżynier rolnik z wykształcenia – trudziła się więc nad nie swoją rolą. W tym trudzie dużą uciążliwością był system kontraktacji i obowiązkowych dostaw. Ale większą może była okoliczna ludność, która realizowała tam swoje głębokie poczucie sprawiedliwości społecznej. Brali oni udział w podziale owoców produkcji nie biorąc wszak udziału w samym procesie produkcyjnym. Mściła się bliskość miasta, tak użyteczna podczas wakacji. Nic więc dziwnego, że baza produkcyjna chyliła się ku upadkowi. Znikła brama wjazdowa i znajdującą się za nią wielka waga do ważenia wozów wraz ładunkiem. Ogrodzenie, z niemałą pomocą okolicznych, stawało się coraz bardziej przeźroczyste, by w końcu przestać pełnić swoją funkcję.
Dla mnie skrzyżowanie ulic Bernardyńskiej i Bonifacego miało wymiar symbolu. Po jednej stronie ciąg: kombatant – pilot RAF, zwariowani artyści, tak zwany element przestępczy i ubek. Z drugiej strony dogorywający kawałek przedwojennych układów społecznych. Polska w pigułce.
Tak było do lat 70. Wtedy wyburzono wszystko pod budowę zaprojektowanego przez inż. Zdanowicza osiedla Bernardyńska. Ta grupa punktowców wsławiła się dwa razy. Po raz pierwszy, gdy Franciszek „Byk” Starowieyski umieścił w swojej pracowni na szczycie jednego z nich ogromna czaszkę (osiedle nosiło przez jakiś czas nieoficjalną nazwę: „Pod czachą”). Drugi zaś raz, gdyż mieszkał tam kpt. Piotrowski, zabójca ks. Jerzego, który topił w Jeziorku Czerniakowskim dowody zbrodni.
Wielka płyta zastąpiła symbol. Tego skrzyżowania już nie ma. Gdzieś na uboczu został tylko dworek mojej mamy i tylko dlatego, że został uznany za zabytek.
***
Śródtytuły pochodzą od redakcji
Tekst - dzięki uprzejmości autora - opublikowaliśmy jako pierwsi wiele lat przed ukazaniem się książki "Puzzle Pamięci" (Wydawnictwo Alegoria, 2021)
To jeden z najbardziej malowniczych zakątków Mokotowa. Fosa wokół carskiego fortu z XIX w. wije się między zielonym parkiem i przedwojennymi willami oficerów. Niestety, wody w fosie jest coraz mniej. Problem dostrzegła ważna stołeczna instytucja.
Od kilku lat śledzimy losy sokołów z Elektrociepłowni Siekierki. Po latach nieudanych prób, ku radości setek fanów, para tamtejszych sokołów spłodziła w tym roku pierwszego potomka. Dziś, po trzech miesiącach jest on nie do poznania, a każda wzmianka o jego poczynaniach wzbudza entuzjazm internautów.