Artykuł "Dziki goniły psa i kobietę na Sadybie" (czytaj tutaj) opisywał, jak wczesnym niedzielnym rankiem, 23 sierpnia, tuż po godzinie 6, stado dzików z młodymi zaatakowało spacerującą z psem mieszkankę na wysepce za Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej przy Powsińskiej 13. Napisaliśmy wtedy, że to pierwszy publicznie znany przypadek tego typu w tej części Mokotowa.
Po publikacji tekst żył dalej – najpierw w komentarzach na Facebooku, a potem w skrzynce redakcyjnej, do której zaczęły spływać kolejne, bardzo konkretne historie czytelniczek. Jak się okazuje, ten sam weekend przyniósł na Sadybie jeszcze co najmniej dwa podobne zdarzenia, w promieniu zaledwie kilkuset metrów od miejsca opisywanego w poniedziałkowym artykule.
Burzliwa dyskusja pod artykułem
Nasza publikacja wywołała żywą, a miejscami wręcz zażartą wymianę zdań na profilu Ogrodowe Miasto Sadyba24 na Facebooku. Emocje sięgnęły zenitu na tyle, że nasza redakcja musiała usunąć kilkanaście komentarzy – część osób obrażała innych dyskutantów, część sięgała po niecenzuralne słownictwo. Spór dotyczył między innymi tego, kto ponosi odpowiedzialność za takie zdarzenia, czy psy biegające bez smyczy prowokują dziki do ataku i czy właściwym jest uśmiercanie dzików.
Dzień wcześniej, 200 metrów dalej
Najbardziej szczegółową relację przesłała do redakcji pani Monika (nazwisko znane redakcji), która – jak się okazuje – tego samego dnia, wysłała też pismo bezpośrednio do prezydenta Warszawy. Do zdarzenia doszło w sobotę 22 sierpnia, a więc dzień przed atakiem opisanym w naszym pierwszym artykule, około godziny 8 rano, na ogrodzonym Skwerze Ormiańskim przy Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej przy ulicy Powsińskiej – w miejscu z zamykanymi furtkami z trzech stron, oddalonym od wysepki za muzeum o zaledwie 200 metrów.
"Gdy wracałam z placyku dla psów, od strony ulicy, bliżej Muzeum zobaczyłam bardzo duże stado dzików z wieloma małymi. Od razu ruszyły na nas, Tula (moja suka) do nich podbiegła i jakby wzięła na siebie tę sytuację. Goniły ją te wielkie osobniki, a ja rozglądałam się za jakimś schronieniem" – opisuje czytelniczka.
Kobieta schroniła się w niewielkim przeszklonym pawilonie bibliotecznym na terenie skweru. "Na szczęście, pani w środku już była, otworzyła mi, jak zobaczyła, że te dziki nas atakują" – relacjonuje. Obie krzyczały, próbując odgonić zwierzęta na tyle, by pies mógł do nich dołączyć, a przed świetlicą zebrało się w tym czasie całe stado. Jak dodaje autorka listu, dziki ostatecznie nie zeszły po granitowych płytach prowadzących do wejścia, dzięki czemu Tula zdołała się uratować.
Pani w pawilonie, jak pisze czytelniczka, "cała się trzęsła" i mówiła, że podobna sytuacja trwa od kilku dni, a mimo zgłoszenia na straż miejską nikt nie przyjechał. Sama autorka listu, po ucieczce tylną furtką, również zadzwoniła na straż miejską – skąd skierowano ją do Lasów Państwowych.
W liście do prezydenta miasta czytelniczka podkreśla, że mimo iż regularnie spotyka dziki, a nawet łosie w okolicach Jeziorka Czerniakowskiego, dotąd nie widziała aż tak dużego stada, z tak dużą liczbą młodych, samców i loch naraz. Zaznacza też, że dziki żerujące na ogrodzonym, miejskim skwerze to sytuacja dla niej nowa. "Nie zgadzam się na to, aby ich populacja tak rosła (...), żeby stały się zagrożeniem, czego dziś doświadczyłam po raz pierwszy" – pisze, dodając za rozmówcą z Lasów Państwowych, że skuteczniejsza redukcja populacji jest możliwa, ale miasto "cofa się przed decyzjami, które mogą być źle odebrane przez część opinii publicznej, aktywistów itd.".
Ten sam dzień, drugi koniec fortu
Do redakcji napisała też pani Agnieszka (znów nazwisko znane redakcji), opisując zdarzenie z tej samej niedzieli, w którą doszło do ataku opisanego w naszym pierwszym artykule – tym razem jednak wieczorem, przy ulicy Morszyńskiej. Do ataku dzików doszło o godzinie 20:20, gdy wysiadała z samochodu pod własnym domem. To również okolice Fortu Czerniakowskiego – Morszyńska biegnie wzdłuż jego tyłów, po drugiej stronie fosy niż wysepka za muzeum, gdzie kilkanaście godzin wcześniej dziki zaatakowały psa i kobietę opisane w pierwszym artykule.
"Zostałam zaatakowana przez dziki pod domem. Mój pies został poturbowany, ja trochę też. Na szczęście udało mi się uciec do domu" – relacjonuje czytelniczka, dodając, że ona i pies są w szoku. Jak podkreśla, sytuacja nie była zaskoczeniem – od piątku (21 sierpnia – przyp. red.), a więc kilka dni przed atakiem, informowała policję, straż miejską oraz warszawskich łowczych, że dziki podchodzą pod jej dom. "Bez odzewu niestety" – zaznacza.
Kobieta przekonuje, że ma świadków zdarzenia wśród sąsiadów oraz zgłoszenie złożone na policji. Jak ocenia, sytuacja "wygląda krytycznie", a swoje nawyki zmieniła już na stałe: "Nie wychodzę po zmroku z domu".
Razem z niedzielnym atakiem na wysepce za muzeum to już trzy zdarzenia w ciągu jednego weekendu, wszystkie w promieniu kilkuset metrów wokół Fortu Czerniakowskiego.
Podobne historie sprzed miesięcy
Z komentarzy pod artykułem na Facebooku wynika jednak, że problem na Sadybie nie zaczął się w tym konkretnym weekendzie – podobne zdarzenia mieszkanki opisywały już wcześniej.
Pod publikacją odezwała się między innymi czytelniczka podpisująca się jako Basia, która w komentarzu opisała atak sprzed kilku miesięcy: "To kolejne zdarzenie ataku dzików na psa w okolicy. Miałam nieprzyjemność takiego spotkania pod koniec maja, pies na smyczy zaatakowany przez lochę, był gryziony przez nią" – napisała. Jak dodaje, ucierpiała też sama: "ja z ranami na ciele od upadków i złamany palec". Skutki tego zdarzenia odczuwa do dziś: "nie odzyskałam pełnej sprawności palca, a blizny na ciele przypominają mi to traumatyczne zdarzenie".
W tym samym wątku komentarzy głos zabrała pani Marta, która przywołała inny, wcześniejszy incydent w pobliżu: "Na Powsińskiej jakiś czas temu też dziki zaatakowały kobietę z psem. Pies był na smyczy" – napisała krótko.
Swoją historię opisała również pani Agnieszka, przenosząc temat na sąsiednie Stegny: "W ubiegłym roku w Wielkanoc również uciekałam z psem przed dwoma dzikami na Stegnach" – relacjonuje. Jak dodaje, te same zwierzęta miały później spowodować zdarzenie drogowe: "te same dziki spowodowały później karambol na trasie siekierkowskiej".
Psy bez smyczy – wspólny wątek, ale nie jednoznaczny
Z zebranych przez nas relacji wyłania się pewna prawidłowość – w większości opisywanych zdarzeń obecne były psy, a z opisów wynika, że zwykle nie były prowadzone na smyczy. Wyjątkiem są przywołane wyżej komentarze pań Basi i Marty, gdzie – mimo smyczy – i tak doszło do ataku.
To, czy obecność psów, zwłaszcza swobodnie biegających, mogła wywołać u dzików reakcję obronną, pozostaje sprawą sporną i budzącą emocje – widać to było wyraźnie w usuwanych przez nas komentarzach na Facebooku. Niezależnie jednak od przyczyn, faktem pozostaje, że w krótkim czasie na Sadybie doszło do kilku niebezpiecznych zdarzeń z udziałem dzików, w tym takich, w których ranni zostali zarówno ludzie, jak i zwierzęta.
Co na to ratusz?
W związku z publikacją i napływającymi zgłoszeniami zwróciliśmy się do warszawskiego ratusza z pytaniem o to, co ten planuje zrobić w sprawie rosnącego zagrożenia ze strony dzików. Pytaliśmy o planowane działania do końca roku, o wyniki tegorocznej oceny liczebności populacji oraz ewentualne rekomendacje, które miała wypracować społeczna grupa robocza wraz z urzędnikami.
W odpowiedzi wydział prasowy urzędu miasta poinformował nas, że nadal realizowana jest decyzja z 20 marca 2026 roku dotycząca redukcji dzików na terenie stolicy. Jak podaje ratusz, do 25 sierpnia 2026 roku w jej ramach zredukowano już 308 dzików, a działania są kontynuowane.
Urząd potwierdził też, że wciąż trwają prace nad tegoroczną inwentaryzacją zwierząt dziko żyjących – w tym ssaków kopytnych, do których należą dziki. Ostatecznych wyników tej oceny, które pozwoliłyby porównać obecną liczebność populacji z ubiegłorocznymi danymi, doczekamy się dopiero pod koniec 2026 roku. Innymi słowy – redukcja trwa, ale konkretne rekomendacje co do dalszych działań na terenie Sadyby i całej Warszawy wciąż czekają na dane z inwentaryzacji.
