Stara Sadyba to osiedle wpisane do rejestru zabytków jako zespół urbanistyczny „Miasto-Ogród Czerniaków”. Jednym z jego znaków rozpoznawczych są stylizowane latarnie typu Agrykola 1856.
Ten sam wzór latarni występuje w dwóch wersjach. Jedna spala gaz. Te latarnie są szczególnie cenne – jest ich na starej Sadybie ponad 120, najwięcej w Polsce. Występują głownie po wschodniej stronie osiedla, między Powsińską i Jeziorkiem Czerniakowskim. Druga wersja to elektryczna replika: wygląda tak samo jak gazowa, ale w środku ma nie płomień, tylko moduł LED w kolorze ciepłej żółci, który imituje dawne światło gazowe. Latarnie elektryczne LED świecą głównie po zachodniej stronie osiedla, między Powsińską i Sobieskiego. I tych właśnie latarni zasilanych prądem, dotyczy sprawa. Zdaniem społeczników z Sadyby, to właśnie one zostały zdewastowane.
Co dokładnie się stało? W 2024 roku ekipy pracujące na zlecenie Zarządu Dróg Miejskich zaczęły naprawiać lampy LED na Sadybie. Zamiast wymienić uszkodzone diody na takie same, wywierciły otwory w zabytkowych palnikach i wkręciły zwykłe żarówki biurowe. Dotknęło to 29 opraw na pięciu ulicach: Truskawieckiej, Cyganeczki, Fucika, Cześnika i Zelwerowicza. Efekt? Zimne, białe światło zamiast ciepłego blasku, który przez lata budował charakter dzielnicy.
Jako pierwsze zauważyło to Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Miasto Ogród Sadyba – lokalna organizacja społeczna, która w 2009 roku była inicjatorem rewitalizacji oświetlenia na Sadybie. To ta organizacja od stycznia 2024 roku pyta kolejne urzędy, dlaczego doszło do dewastacji tak unikalnego atutu osiedla.
Burza w szklance wody?
Społecznicy przekonują, że to nie jest tylko spór o kilkanaście żarówek. To spór o to, jak miasto traktuje własne zabytki i publiczne pieniądze. Przypominają, że Dzielnica Mokotów dostała za te latarnie nagrodę w ogólnopolskim konkursie. I że teraz może zapłacić za wymianę całych historycznych głowic – choć producent twierdzi, że wystarczyłaby prosta naprawa za ułamek tej kwoty. Jeśli producent ma rację, mieszkańcy zapłacą więcej za coś, co nie musiało się zepsuć. Społecznicy uważają, że do dewastacji być może nigdy by nie doszło, gdyby nie to, że urzędy, które miały pilnować zabytku, przez dwa lata nie potrafiły ustalić między sobą, kto właściwie za niego odpowiada.
Towarzystwo pyta, urzędy milczą
Sprawa ciągnie się już od ponad dwóch lat. O wykrytej dewastacji Towarzystwo zaalarmowało ZDM i konserwatora zabytków w styczniu 2024 roku. Miesiąc później do sprawy oficjalnie odniósł się ZDM. Zastępczyni dyrektora, Karolina Gałecka, przekonywała, że latarnie wykonano w technologii metalohalogenowej, a wymienne źródła do tego typu oświetlenia „nie są już dostępne”. Dlatego – tłumaczyła – wiercenie otworów pod nowe źródła światła było konieczne.
Przez ponad dwa lata kolejne odpowiedzi urzędów były albo lakoniczne, albo nie było ich wcale. Zniecierpliwiony, 29 czerwca 2026 prezes Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba, Jerzy Piasecki złożył wreszcie wniosek bezpośrednio do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Zażądał kontroli w ZDM.
Pierwsze zaskoczenie - Cofund: nikt nie pytał o Sadybę
Zanim otrzymali odpowiedź, społecznicy z Sadyby postanowili sprawdzić, czy części do latarni rzeczywiście były niedostępne, jak twierdzi ZDM. 1 lipca Piasecki napisał bezpośrednio do producenta opraw, firmy Cofund z Borowiny. Zapytał wprost: czy od czasu dostawy latarni na Truskawiecką, Zelwerowicza, Cześnika i Cyraneczki ktokolwiek – ZDM albo firma serwisująca – pytał o dostępność części zamiennych?
W odpowiedzi Radosław Jaskólski z Cofund napisał, że firma wielokrotnie dostarczała części do latarni typu Agrykola w innych miejscach Warszawy – wymienił Aleje Ujazdowskie, ulicę Barcicką i Koronowską. Ale, jak podkreślił:
„Nigdy jednak nie otrzymaliśmy zapytania o dostępność lub dostawę części do latarni na ulicach Truskawiecka, Cześnika, Zelwerowicza, Cyraneczki”. I dalej: „Od czasu montażu naszych opraw czyli od roku 2011, części zamienne były zawsze dostępne”.
To zestawienie dat było dla Towarzystwa mocnym dowodem. Skoro części były dostępne od 2011 roku, a nikt po nie nie sięgnął dla latarni na starej Sadybie, trudno bronić tezy, że wiercenie otworów pod żarówki biurowe było jedynym możliwym rozwiązaniem. Tego samego dnia, kiedy otrzymał odpowiedź z Cofund, Piasecki przekazał ją jako dowód w kolejnym piśmie – tym razem do zastępcy prezydenta Warszawy, Tomasza Menciny.
Drugie zaskoczenie - konserwator uważa, że latarnie to nie jego sprawa
Po dwóch latach ciszy, dopiero po wniosku do prezydenta, odezwał się stołeczny konserwator zabytków. W piśmie z 13 lipca, pełniąca obowiązki dyrektora biura, Sylwia Brzezińska, tłumaczy, że same latarnie formalnie nie figurują w rejestrze zabytków – wpisany jest tylko cały zespół urbanistyczny. Prace przy oprawach nie wymagają więc zgody konserwatorskiej.
Dalej konserwator powtarza wyjaśnienia otrzymane od ZDM. Krótka żywotność modułów miała wynikać z błędu producenta – panele LED zamontowano w głowicach zaprojektowanych pod oświetlenie gazowe, a otwory wentylacyjne w daszkach, które w latarni gazowej odprowadzały spaliny, w elektrycznej wpuszczają wilgoć. Ten sam problem, jak zapewnia urząd, dotyczy latarni w Alejach Ujazdowskich. Wniosek konserwatora: trzeba wymienić całe głowice. Montaż drogich paneli w starych oprawach byłby, jak to ujęto w piśmie, „niegospodarnością”.
Dla Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba ta odpowiedź była negatywnym zaskoczeniem. Konserwator w praktyce powtarzał wersję ZDM i przerzucał winę na producenta opraw. Zaniepokojone tym Towarzystwo przekazało sprawę naszej redakcji.
Producent odpowiada redakcji: „nie zgadzam się”
Postanowiliśmy sprawdzić stanowisko producenta bezpośrednio. Chcieliśmy zrozumieć, nie tylko to, czy urzędy zgłaszali się do producenta po części zamienne, ale czy faktycznie problem powstał już na etapie budowy latarni – kiedy zamówiono lub wykonano latarnie LED, podatne na szybsze zużycie i częstsze usterki. Radosław Jaskólski z firmy Cofund odsłonił nam kulisy budowy latarni elektrycznych, o których nikt wcześniej nie wspominał, a które wskazują na związek z konserwatorem zabytków.
Producent przypomina, że oprawy latarni typu Agrykola 1856 powstały w 2007 roku w porozumieniu ze Stołecznym Konserwatorem Zabytków, jako wierna replika latarni gazowych zachowanych przy warszawskiej parafii Nawiedzenia NMP. Żywotność zamówionych wtedy wkładów metalohalogenkowych wynosiła zgodnie ze specyfikacją 10 tysięcy godzin i dawało się je łatwo wymieniać.
„Nie zgadzam się ze stwierdzeniem ZDM o krótkiej żywotności modułów” – pisze wprost Jaskólski.
Przypomina też, że w 2013 roku te same ulice przyniosły Dzielnicy Mokotów pierwszą nagrodę w krajowym konkursie oświetleniowym. Cztery lata po montażu wszystkie latarnie działały bez zarzutu.
Najostrzej odnosi się do argumentu o otworach wentylacyjnych. Jego zdaniem dostarczone przez Cofund oprawy w ogóle ich nie mają.
„Dostarczone przez nas oprawy nie posiadają otworów wentylacyjnych w daszkach typowych dla latarni gazowych, jak twierdzi przedstawiciel ZDM” – przekonuje Jaskólski. I dodaje: „W górnej części daszku jest tylko aluminiowa blacha osłonowa, której zadaniem jest ograniczenie dostępu owadów do przestrzeni dachowej” – nic więcej.
Przedstawiciel producenta broni też tradycyjnej, skręcanej konstrukcji lamp jako świadomego nawiązania do dawnego rzemiosła, a nie usterki.
„Błędy w sposobie serwisowania naszych latarni i dewastacja ich systemów oświetleniowych nie powinna być powodem usunięcia całego historycznego korpusu” – podsumowuje.
Jego zdaniem wystarczyłoby zastosować gotowe wkłady LED w miejsce żarówek biurowych wkręconych przez serwisantów. Przy właściwej konserwacji historyczna głowica może służyć nawet 25 lat.
ZDM: prace dopiero w przyszłym roku
Podsumujmy: producent opraw do latarni LED na Sadybie jednoznacznie oświadcza, że oprawy te zostały zbudowane zgodnie z zaleceniami konserwatora zabytków, części zamienne do nich były stale dostępne, a nikt nie zwracał się do niego o dostawę części na Sadybę. Mimo tego stanowiska, które nie zostawia pola do interpretacji, rzecznik ZDM Maciej Dziubiński, przekonuje do swojej wersji wydarzeń:
„Konserwator, aby zapewnić ciągłość świecenia, zdecydował się na tego typu pośrednie rozwiązanie (wymianę opraw oświetleniowych – przyp. red.). Oprawy, które wiszą w tym miejscu są nietypowe i nie da się ich po prostu naprawić. Należy wymienić je na całkowicie nowe. Na domiar złego do niedawna były dostępne tylko za granicą — mówiąc delikatnie — w nieprzystępnych cenach”.
Stanowiska producenta latarni - firmy Cofund, i serwisanta – ZDM, ewidentnie są ze sobą sprzeczne. Mimo tego, ZDM zamiast czekać na wyciszenie sporu, deklarował, że zamierza doprowadzić do rozwiązania problemu z domniemaną dewastacją. Na początku lipca Maciej Dziubiński z ZDM zapewnił Sadyba24, że urząd znalazł już polskiego producenta nowych, szczelnych opraw. Zamówienie miało być złożone. Urząd miał tylko czekać na dostawę.
Ku naszemu zdziwieniu, miesiąc po tej deklaracji, dostawa mocno odsunęła się w czasie. Kiedy kilka dni temu zapytaliśmy, czy nadeszła już dostawa nowych czasz oświetleniowych i kiedy nastąpi ich montaż na Sadybie, rzecznik ZDM przekazał, że: „prace planowane są na przyszły rok”.
Co dalej
Dla społeczników z Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba obraz całej sprawy jest już jasny. Uważają, że tłumaczenia ZDM i konserwatora o wadliwej konstrukcji opraw są nieprawdziwe – i w tym punkcie zgadzają się z producentem, a nie z urzędami. Uważają też, że obie instytucje, przez zaniedbanie albo celowe działanie, naraziły miasto na koszty, których można było uniknąć.
Sprawa kontroli w ZDM, o którą Towarzystwo wnioskowało do prezydenta Rafała Trzaskowskiego, pozostaje otwarta. Podobnie jak pytanie, kto ostatecznie zapłaci za wymianę całych głowic historycznych latarni – skoro, jak twierdzi ich producent, wystarczyłaby znacznie tańsza naprawa. Zdaniem ZDM-u, koszt spadnie na dzielnicę. "Działania polegające na wymianie opraw oświetleniowych oraz pokrycie kosztów z tym związanych, należą do zarządcy drogi, którym w tym przypadku jest Urząd Dzielnicy Mokotów m. st. Warszawy" – tłumaczył w maju zastępca dyrektora ZDM, Mikołaj Pieńkos.
