„Wspomnienia z naszej Sadyby" to książka wydana w 2023 roku, w ograniczonym nakładzie. Zleciła ją dzielnica Mokotów, a wykonała Wytwórnia Inicjatyw Twórczych. Autorami są dorośli dziś mieszkańcy Sadyby, którzy jako dzieci dorastali tu na przełomie lat 60. i 70.
Jeden z rozdziałów napisała Lunia Bonder. W swoich wspomnieniach przywołuje ona zabawy i działania typowe dla czasów PRL-u, ale też konkretne miejsca Sadyby, które dziś już nie istnieją – sklepy, lodowisko, czy budkę z piwem.
Wspomnienia te warto przeczytać, bo książka to prawdziwy biały kruk. Ukazała się w zaledwie kilkuset egzemplarzach, wyłącznie do bezpłatnej dystrybucji – nie da się jej dziś nigdzie kupić.
Poniżej publikujemy bez skrótów cały rozdział autorstwa projektantki i restauratorki, Luni Bonder, z ul. Kołobrzeskiej.
„Mamo, możemy wyjść pobiegać?"
Moje pierwsze wspomnienia z wczesnych lat dzieciństwa to poczucie nieograniczonej przestrzeni, wolności i błękitnego nieba nad głową. Radość, okrzyki radości, gdy tylko mama pozwoliła mnie i starszej siostrze „wyjść za furtkę pobiegać" – bo tak się kiedyś mówiło: „Mamo, możemy wyjść pobiegać?".
Na naszej ulicy mieszkało sporo dzieciaków, więc było się z kim bawić i poznawać okolicę.
A pomysłów mieliśmy bez liku. Nigdy się nie nudziliśmy – pamiętacie zabawę w Króla Lula? a w „Raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy"? w Indian, w „Czterech pancernych", w chowanego, dom, państwa (czyli „wywołuję wojnę przeciwko-piwko!"), w chłopka? Do tego skakanka, trzepak w każdym ogrodzie. Robiliśmy też tzw. sekrety – czyli swego rodzaju widoczki ułożone z kwiatków, ziół, liści i przykryte kawałkiem szybki, później przysypywane ziemią i na nowo odszukiwane. W niezliczonych górach piasku leżących przed większością domów (wiele osób jeszcze remontowało swoje domy) szukaliśmy ciekawych kamieni i budowaliśmy tunele, żeby spotkały się nasze ręce wyciągnięte z jednej i drugiej strony.
Wyprawa na łąki, czyli aż do Siekierek
Wyprawa na łąki – czyli dzikie pola prowadzące aż do Siekierek – to była prawdziwa podróż. Trzeba było przebrnąć nasyp torów tramwajowych prowadzących do Wilanowa i jezdnię ulicy Powsińskiej ułożoną z kocich łbów. Na rogu ulic Augustówki i Powsińskiej stał stary, przedwojenny dom z czerwonej cegły, w którym mieszkała jedna z naszych koleżanek i jej dwaj bracia, obok w nowszym domu dziewczynka – nasi stali współuczestnicy zabaw. Łąki dawały nam zajęcie w każdej porze roku – wiosną chodziliśmy obowiązkowo zbierać kaczeńce, latem czy jesienią zbieraliśmy chrust, rozpalaliśmy ognisko i piekliśmy kartofle (niezapomniane wspomnienie – zapach dymu, smak zwęglonej skórki...), a zimą zjeżdżaliśmy na sankach z tzw. górki św. Jana – nazwanej tak od figury św. Jana Nepomucena, która stoi do dziś przy gmachu TVN. Za tym pomniczkiem roztaczała się kraina nieznana, nawet zakazana, nieskończona, niedostępna, którą poznałam dopiero kilka lat później, gdy troszkę dorosłam.
Byłam najmłodsza z całej grupy dzieciaków, więc zawsze biegłam za całą zgrają z tyłu. Pamiętam, że byłam za mała, żeby przeskoczyć strumyk płynący przez łąki, i kiedyś wpadłam w ten strumyk w nowych pepegach i w grząskim dnie uwiązł mi jeden z butów. Mama była bardzo niezadowolona...
Warszawa na kołach w jeziorku i skoki z mostu
Chodziliśmy też nad Jeziorko Czerniakowskie. Pamiętam, jak w jeziorku ktoś przednimi kołami zaparkował starą, garbatą warszawę i mył samochód; pamiętam też liście kapusty pływające po wodzie – kobiety myły w jeziorku warzywa... Nad jeziorko chodziło się też plażować, pływać łódką, oglądać skoki z mostu do wody w dniu św. Jana lub popatrzeć na pokaz fajerwerków w noc świętojańską.
Budka z piwem, która spłonęła
Obok, przy ulicach Jeziornej i Zakręt, stała drewniana budka z piwem, w której zbierał się kwiat okolicznych degustatorów chmielowego trunku. Co tam się działo! W środku trwała w najlepsze libacja, a pod budą zdenerwowane żony co poniektórych delikwentów krzyczały wniebogłosy, żeby mężowie wracali do domów. Wkrótce bar spłonął. Przypuszczam, że wiele pań się z tego powodu ucieszyło. Zgliszcza stały jeszcze jakiś czas. Później grupki pijaków zbierały się na rogu Okrężnej i Powsińskiej – pewnie z uwagi na bliskość sklepu Pyzla, często pod spożywczakiem na rogu Zielonej czy na małej pętli sadybiańskiego tramwaju nr 36. Zawsze te same, coraz bardziej czerwone twarze.
Na naszej ulicy stoi szereg domków ułożonych z kamienia – wszyscy się kiedyś znali, odwiedzali, zapraszali i pomagali sobie nawzajem. Pamiętam wszystkich mieszkańców.
Windy jako atrakcja i nowi koledzy ze Stegien
Gdy poszłam do szkoły nr 115, poznałam mnóstwo dzieciaków z okolicy; później do naszych klas doszli nowi koledzy ze Stegien – z wysokich bloków z windami. Ach, co to była za atrakcja pojeździć windami zaraz po szkole. Można się było zatracić w zabawie i spędzić tam wiele godzin.
Pan Stefan, Instruktor z „Sadybianki"
W wakacje dzieciaki z okolicy zbierały się w klubie TKKF „Sadybianka" na tzw. półkolonie, które prowadził niezapomniany pan Stefan, zwany Instruktorem. Wspaniale organizował nam czas w klubie – nie tylko latem. Zabierał nas na baseny „Warszawianki", gdzie za 1 zł kupowaliśmy bilet i spędzaliśmy tam pół dnia. Niewiele z nas potrafiło pływać, ale nikt się tym nie przejmował, ani my, ani nasi rodzice. Ja nauczyłam się tam pływać i wyprawy na dawne, odkryte baseny „Warszawianki" wspominam cudownie. Po basenie obowiązkowo jechało się tramwajem na lody do Zielonej Budki i do tzw. papiernika po pachnące chińskie gumki do ścierania czy flamastry, na które można było tam od czasu do czasu trafić.
Lodowisko lane z węża i dyskoteki na „Sadybiance"
Zimą pan Stefan sam, własnoręcznie organizował nam lodowisko i sam z wężem w ręku lał wodę na wcześniej przygotowany teren. Tam też nauczyłam się jeździć na łyżwach. Była wypożyczalnia sprzętu, nagłośnienie, muzyka. Na „Sadybiance" odbywały się kilka razy do roku dyskoteki, na które wybierałyśmy się z koleżankami bardzo chętnie. Była to atrakcja i możliwość poznania chłopców z nowych osiedli na Sadybie, Stegnach, bliskim Wilanowie.
Miejsce na ziemi
Wszystkie moje najdawniejsze wspomnienia związane są z Sadybą, bo tu się wychowałam i mieszkam w domu rodzinnym do dziś. Czuję specjalną więź z tą częścią miasta. Znam tu każdy kamień i pamiętam wiele twarzy, zdarzeń. Nieraz kątem oka zauważę coś, co ożywia wspomnienia.
Sadyba się zmienia i ewoluuje, ale nie straciła swojego czaru, spokoju, romantyzmu. To moje miejsce na ziemi, ważne, żywe, wielopokoleniowe. Myślę, że moje dzieci, które wychowały się tutaj, zawsze będą wspominać i dom rodzinny, i naszą Sadybę.
***
Śródtytuły pochodzą od redakcji. Rozdział jest częścią książki „Wspomnienia z naszej Sadyby" wydanej w 2023 roku w ramach inicjatywy lokalnej przez Wytwórnię Inicjatyw Twórczych przy wsparciu finansowym Urzędu Dzielnicy Mokotów.





