„Wspomnienia z naszej Sadyby" to wydana w 2023 roku, w ograniczonym nakładzie, książka powstała z inicjatywy Moniki Jaworowskiej, Aleksandry Karkowskiej i Justyny Markoff, przy wsparciu dzielnicy Mokotów. Dwanaście krótkich opowiadań spisali dziś już dorośli mieszkańcy Sadyby, którzy jako dzieci biegali po tutejszych ulicach w latach 60. i 70. Rozdział otwierający tom napisała Monika Jaworowska, mieszkanka ulicy Jeziornej – i to od jej wspomnień, pełnych zapachu jabłek-papierówek i skrzypiących drzwi sklepowych, zaczyna się cała opowieść.
Ślady miejsc, których już nie ma
Wspomnienia Jaworowskiej to podróż przez cały rok – od letnich podchodów na łące, gry w dwa ognie, gumę i klasy, przez łowy na chrabąszcze łapane do butelek, po zimowe sanki na górce nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Ale najcenniejsze w tym rozdziale nie są same zabawy, tylko mapa miejsc, które przez dekady wyznaczały rytm życia na Sadybie, a dziś nie istnieją już nawet w szczątkowej formie: drewniany, trzeszczący most na przedłużeniu Goraszewskiej, domek na wodzie z wypożyczalnią łódek, kiosk Ruchu ze skweru Starszych Panów, sklep „Społem", papiernik i mydlarnia na Okrężnej, budka z lodami na Powsińskiej czy lodowisko przy szkole nr 103, tam gdzie dziś stoją korty tenisowe.
To właśnie takie zapisy – konkretne, pełne nazwisk i adresów – są dziś jednym z niewielu śladów po świecie, który bezpowrotnie zniknął z krajobrazu dzielnicy. Kolejne pokolenia mieszkańców Sadyby mijają dziś te same ulice, nie mając pojęcia, że stał tam kiedyś ogrodnik ze swoimi bratkami, warzywniak czy lodowisko z muzyką z głośników. Bez takich wspomnień ta część historii osiedla po prostu przepadłaby.
Tym bardziej warto podkreślić, że „Wspomnienia z naszej Sadyby" to prawdziwy biały kruk. Książka ukazała się w zaledwie kilkuset egzemplarzach, wydana przez dzielnicę Mokotów wyłącznie do bezpłatnej dystrybucji – nie trafiła do żadnej księgarni ani sklepu internetowego i nie da się jej dziś nigdzie kupić. Redakcja Sadyba24 ma jeden z tych egzemplarzy i uznaliśmy, że warto się nim podzielić z czytelnikami, żeby te wspomnienia nie zniknęły razem z miejscami, o których opowiadają. Poniżej publikujemy cały otwierający rozdział autorstwa Moniki Jaworowskiej, bez skrótów.
Lato na łące, zima na sankach
Sadyba, PRL i nasze dzieciństwo to było jedno, co sprawiło, że ci z nas, którzy pozostali na Sadybie i tam mieszkają, jak i ci, którzy się wyprowadzili, kochają to miejsce. Pierwsi nie wyobrażają sobie, że można żyć gdzie indziej, a drudzy tęsknią i czasem wracają. Dzieciństwo na Sadybie miało czar wtedy i jeszcze większy czar (co jest zrozumiałe) ma we wspomnieniach.
Kochaliśmy lato i kochaliśmy zimę. Lato przychodziło w maju i zaczynał się sezon wspólnych zabaw z moimi sąsiadami. Nie wiem, co lubiłam najbardziej – czy podchody na łące przy jeziorku, czy piłkę nożną z chłopakami, czy dwa ognie, czy grę w gumę lub w klasy; kreatywność była nieograniczona. O siedzeniu w domu nie było mowy. Wpadaliśmy tam, żeby chwycić pajdę chleba z masłem, szczypiorkiem i rzodkiewką wyrywanymi z małego zagonka w ogródku.
Ogródki naszych rodziców wyglądały zupełnie inaczej niż te dzisiaj, zaprojektowane przez firmy ogrodnicze. W ogrodach rosły drzewa owocowe: malinowe jabłonie, szara reneta, kronselka, antonówka, no i te pierwsze jabłka – papierówki, które jedliśmy jeszcze kwaśne, bo nie mogliśmy się doczekać dojrzałych owoców. Poza jabłoniami rosły gruszki klapsy i ulęgałki, śliwki węgierki, renklody i najważniejsze – morele. To był absolutny hit. Zapomniałabym o czereśniach, po których się wspinaliśmy. My, dziewczynki, w sezonie czereśniowym nosiłyśmy czereśniową biżuterię za uszami.
Pamiętam, jedzenie bez opamiętania, jeszcze zielonego agrestu, co najczęściej kończyło się bólem brzucha, ale nikt się tym nie przejmował. Mamy nasze siały na wiosnę w przydomowych ogródkach szczypiorek, koperek, marchewkę, która nigdy nie dorastała do właściwych rozmiarów, bo dzieci zjadały ją, wyrwaną prosto z grządki, najczęściej bez mycia. Wszyscy przeżyli.
Ogrodnik pan Rutkowski i trzeszczący most
W maju chodziłam z mamą do ogrodnika, pana Rutkowskiego, starszego pana, niezwykle kulturalnego i miłego. Miał inspekty pełne malutkich sadzonek sałaty, rzodkiewek, pomidorów i przede wszystkim kolorowych bratków. Widać było, że ta ciężka praca sprawiała mu wielką radość. Był pasjonatem. Te wycieczki na drugą stronę jeziorka były dla mnie radością, czekałam na nie, dopytując mamę: „Kiedy pójdziemy do pana Rutkowskiego?”. Ale były też związane ze stresem. Bardzo bałam się przechodzić przez drewniany most, który stanowił przedłużenie ulicy Goraszewskiej, bo był on bardzo dziurawy i trzeszczał. Bałam się, że wpadniemy do wody i nie dotrzemy na drugą stronę. Zawsze szłam, prawie biegnąc, żeby jak najszybciej mieć to z głowy. Nagrodą był zawsze ten raj z kolorowych bratków.
Domek na wodzie
Po prawej stronie mostu stał drewniany domek na wodzie. Można było tam wypożyczać łódki i kajaki. Pamiętam to miejsce jako tajemnicze i urokliwe. Mama mówiła, że jak się wprowadziliśmy do domu na Jeziornej, po prawej stronie od domku na wodzie była hodowla zwierząt futerkowych, chyba nutrii.
Lato to czekanie, kiedy pojawią się chrabąszcze. Gdy tylko słychać było wieczorne bzyczenie na łące przy jeziorku, zjawialiśmy się jak na zawołanie z butelkami i zaczynały się zawody, kto złapie więcej chrabąszczy do butelki. Oczywiście później wszystkie wypuszczaliśmy (po kilkakrotnym przyłożeniu do ucha brzęczącej butelki). Joasia, moja koleżanka ze szkolnej ławki, która mieszkała parę ulic dalej i łapała chrabąszcze w innej grupie, mówiła, że oni zamykali je w pudełku po zapałkach i nazywali „brzęczącym radiem”.
Cieszył deszcz, bo wtedy wkładaliśmy kalosze i brodziliśmy w kałużach. Największe były na mojej ulicy, czyli Jeziornej. Niektóre były tak głębokie, że woda przelewała się przez czarne kalosze.
Lato to zabawa lalkami w ogrodzie. Wynosiłyśmy z moimi sąsiadkami, Elą i Iwonką, wszystkie nasze skarby i zaczynała się zabawa na kocyku. Było gotowanie dla lalek zupek z listków koniczyny, babki lancetowatej i wszelkich listków dostępnych w trawie i na krzakach plus kamyczki i zielone owoce – wyobraźnia nieograniczona.
Mama mojej sąsiadki Iwonki była krawcową, krawcową bardzo zajętą, wszystko miało być gotowe na wczoraj lub jeszcze wcześniej. Ale były takie chwile – rzadko, bo rzadko – kiedy pani Jedyńska miała przerwy krawieckie i wtedy z resztek materiałów szyła ubranka dla naszych lalek i to były cuda, absolutne cuda. Czekałyśmy na te nowości modowe, a później przebieraniu lalek nie było końca. Nawet dziś czuję te emocje.
Cukiernia i guma do żucia z Powsińskiej
Latem grałyśmy w klasy i w gumę. Gumę kupowałyśmy w pasmanterii na ulicy Powsińskiej, wcześniej była tam cukiernia. Do cukierni wchodziło się po schodkach w dół. W szklanych gablotach zachęcały swoim wyglądem serniki wiedeńskie pokrojone na kwadraty, eklerki, napoleonki, bezy moje ukochane i bajaderki – do dziś je ubóstwiam.
Gra w gumę była zdecydowanie zabawą grupową, potrzebne były co najmniej trzy osoby. Dwie trzymały gumę na nogach, trzecia skakała. Zaczynało się od kostek, potem guma lądowała na łydkach, kolanach aż do ud, no i skakałyśmy do skuchy. Skuchą było niewłaściwe zahaczenie gumy nogą. Mogłyśmy tak grać godzinami.
Grupy osób i piłki (a nie każdy ją miał) wymagała gra w zbijaka. Na ulicy Godebskiego mieszkały moje koleżanki z klasy, no i tam było największe prawdopodobieństwo, że ktoś będzie w coś grał i miał piłkę. Tak, dzieci bawiły się na ulicy, dostosowane na ulicy. Wtedy ulice na Sadybie były puste i bezpieczne.
Ulica Godebskiego miała dla mnie szczególne znaczenie – tu się urodziłam w kamienicy pod numerem 10. Później rodzice kupili dom na Jeziornej, ale często tam wracałam z mamą do byłych sąsiadek Renaty i Wandy. Lubiłam te widoki. Pamiętam też ogrodzenie z cegieł przed kamienicą, które było częściowo zburzone, zdecydowanie w wyniku działań wojennych. Takich śladów przeszłości na Sadybie widziało się wiele. Dziury po kulach znajdowały się na elewacjach każdego dużego domu.
Kiosk Ruchu przy skwerze Starszych Panów
Drewniany kiosk Ruchu w kolorze szaro-niebieskim przy dzisiejszym skwerze Starszych Panów to był ważny punkt na mapie miejscowości. Przy kiosku stawaliśmy, głównie wracając ze szkoły, a czasem idąc do niej, zwłaszcza kiedy trzeba było kupić nowy zeszyt. Po jednej stronie, na szklanych półkach, siedziały grzecznie szmaciane lub plastikowe lalki i stały tandetne wywrotki oraz inne cuda. Po drugiej stronie perfumy „Być może”, mydło Nivea lub „For You”, papierosy (sporty, mocne, silesia, carmeny itp.), pasta do podłogi w butelce Buwi, pasta do butów Kiwi.
Od frontu leżały gazety, pisma dla dzieci i dorosłych. „Miś”, „Świerszczyk”, „Płomyk”, „Płomyczek”. Czekaliśmy, kiedy będą nowe egzemplarze do kupienia, bo to, co było w środku, było zabawą co najmniej na jeden wieczór. Najbardziej lubiłam część z krzyżówką i innymi łamigłówkami, rebusami. „Zamaluj pola z kropką” to poruszało wszelkie zmysły, bo na koniec można było podziwiać to, co się wyłaniało – obrazek.
Pani, która pracowała w kiosku, mieszkała na ulicy Kuracyjnej i miała czarny lub granatowy (tego nie pamiętam) fartuch, podobny do tych, które nosiły dziewczynki w szkole. Zawsze miała otwartą, dyżurną książkę, którą pochłaniała. Pani kioskarka prowadziła też teczki i nie były to teczki „na kogoś” tylko teczki „z”. W teczkach znajdowały się wybrane tytuły pism i gazet, które zamawiali nasi rodzice. To dawało pewność, że „Kobieta i Życie” wyląduje na domowym stoliku.
Sklep „Społem”
Do sklepu spożywczego „Społem” przy skwerze Starszych Panów zaglądaliśmy codziennie, robiąc zakupy z kartki zostawionej rano przez mamę. Wpadaliśmy też po okrągłe lizaki z namalowanym kwiatkiem, po dropsy miętowe lub owocowe albo po torebkę oranżady w proszku. Ważna informacja – torebkę oranżady w proszku jadło się na dwa sposoby. Pierwszy: wysypywało się proszek na rękę i zlizywało, a drugi: wkładało się palec do torebki i też się zlizywało, ale z palca. Przy zmieszaniu ze śliną oranżadka musowała i to była ta atrakcja. Te specjały leżały przy kasie stojącej bliżej drzwi wyjściowo-wejściowych.
Sklep ten podzielony był na dwie części. Pierwszą, po lewej stronie od wejścia, stanowił dział mięsny, a drugą, po prawej stronie od wejścia, dział spożywczy. W dziale mięsnym w latach sześćdziesiątych wisiały na stalowych hakach pyszne wędliny (absolutny hit pt. kiełbasa szynkowa, nigdy później nie odnalazłam tego smaku) i mięso. W latach siedemdziesiątych tych haków było więcej, a mięso to był luksus.
W dziale spożywczym kupowało się okrągły chleb z chrupiącą skórką, kefir w butelce z zielonym kapslem, no i czekoladę z laskowymi orzechami, ach i jeszcze masa wybornych cukierków, np. kukułki czy pimpusie. W lecie królowały lody na patyku „Bambino”. Do obu działów wchodziło się przez dwuskrzydłowe, ruchome drzwi, które głośno skrzypiały. W zimie zakładano w drzwiach ciężkie, grube zasłony, u dołu zakończone sztuczną skórą. Wtedy często wchodziliśmy do sklepu w łyżwach, bo albo wracaliśmy z lodowiska, albo wybieraliśmy się w tamtą stronę.
Papiernik i mydlarnia na Okrężnej
Papiernik, sklep papierniczy na ulicy Okrężnej, był dla nas rajem. Prowadził go przemiły pan. Pamiętam tylko, że był bardzo szczupły, mieszkał na ulicy Godebskiego i miał córki. Czasem zastępowała go żona, równie miła. Miała śliczne rude włosy i cudowne piegi. W papierniku po prawej stronie na półkach leżały kolorowe krepiny i kolorowe bibułki. Kredki, ołówki, długopisy, plastikowe maski karnawałowe, pióropusze, no i kartonowe lalki z ubrankami. Wycinało się lalkę i ubranka dla niej, a potem ubierało, przebierało. Wszystko cieszyło. Na końcu Okrężnej była mydlarnia. Moja pamięć zarejestrowała odurzający zapach w mydlarni i panią o blond włosach stojącą za ladą, zawsze ładnie uczesaną. Na Okrężnej był jeszcze szklarz, magiel, fryzjer i sklep spożywczy.
Budka z lodami i warzywniaki na Powsińskiej
Na ulicy Powsińskiej, oprócz wspomnianej wcześniej cukierni, była budka. Z jednej strony były w niej rurki z kremem i pączki, a z drugiej – warzywniak u Grzegorczyka, gdzie wymieniało się puste syfony na pełne. Bałam się pana Grzegorczyka, bo mówił mamie, że mnie zabierze. Rurki i pączki kosztowały 2 zł. W lecie budka zamieniała się w budkę z lodami i tak mówiliśmy, że „idziemy do budki z lodami”. Kulka lodów kosztowała 1,20 zł. Dwie kulki dostawało się między dwoma kwadratowymi wafelkami, powyżej dwóch – w wafelkowym kubeczku. Ta pierwsza opcja była super, bo można było lizać lody ze wszystkich stron.
Na Powsińskiej 28 w pewnym momencie pojawiła się warzywna konkurencja – był to warzywniak u Pyzla. Wchodziło się po schodkach i po prawej stronie, w szklanej gablocie, kłuły w oczy balonowe gumy do żucia z kaczorem Donaldem i kolorowe kulki, inny rodzaj gumy do żucia.
Na Powsińskiej, naprzeciwko kościoła Bernardynów, był ogródek jordanowski, przedwojenna koncepcja miejsc zabaw dla dzieci. Teren był ogrodzony, w środku stał drewniany, zielony domek, a wokół różne huśtawki, karuzele itp. Rzadko tam docierałam, bo według ówczesnych standardów odległości było to daleko.
Zima nad Jeziorkiem Czerniakowskim
Zimy na Sadybie pamiętam jako coś, na co się czekało z utęsknieniem. Jak tylko ilość śniegu była wystarczająca, wyciągałyśmy sanki i biegłyśmy na górkę na plaży przy Jeziorku Czerniakowskim.
Nie było mowy, żeby kogoś tam nie spotkać. Zjeżdżaliśmy na sankach, zrzucaliśmy się z sanek, obrzucaliśmy się śniegiem, chłopcy nacierali śniegiem policzki dziewczynek i wszyscy doskonale się bawili. Mam przed oczami taki obrazek – górka, dzieci, sanki ciągnięte za sznurek do góry i zjeżdżające w dół, i tak non stop. Oczywiście na górce byli tylko rodzice z bardzo małymi dziećmi, reszta to samotne włóczykije.
Zimy były mroźne i śnieżne. Pamiętam, że z powodu gigantycznej ilości śniegu nie mogliśmy z Jeziornej dotrzeć do sklepu przy skwerku. Wtedy rodzice, sąsiedzi, dzieci wychodzili z łopatami i kopali w śniegu korytarz do sklepu. Nikt na nikogo się nie oglądał, nie czekał na interwencje służb, tylko robił swoje.
Lodowisko przy szkole nr 103
Największą zimową atrakcją było lodowisko przy szkole nr 103, tam gdzie teraz są korty. Lodowisko zawdzięczaliśmy małżeństwu Błażewiczów. Do dzisiaj mieszkają na Jodłowej przy szkole. Jak tylko przychodził mróz, rozpoczynało się wylewanie wody na przygotowany teren pod lodowisko. Śledziliśmy ten proces przez okna klasowe i mieliśmy w głowie plan, co po końcowym dzwonku będziemy robić. Jeżeli widzieliśmy, że jest szansa na lód, biegiem wracaliśmy ze szkoły, w domu lekcje były odrabiane z prędkością światła, szybkie jedzenie, strój na łyżwy, łyżwy na nogi i migiem po twardym śniegu na ulicy na lodowisko. Lodowisko było płatne, wstęp kosztował 2 zł, w budce przy furtce wejściowej dostawało się papierowy bilet.
W dużym budynku mieściła się przebieralnia dla tych, co mieszkali dalej i przychodzili z łyżwami wiszącymi na ramionach. Była tam też wypożyczalnia łyżew, a na górze można było kupić gorącą herbatę lub coś innego do picia i jedzenia. Za tym domem znajdowało się małe lodowisko dla maluchów, które rozpoczynały przygodę z łyżwami. Często była tam szkółka, którą prowadzili państwo Błażewiczowie. Na końcu, bliżej ulicy Zacisznej, było lodowisko dla grających w hokeja. Tam chłopaki z kijami hokejowymi rozgrywali swoje mecze. Ta część miała drewniane bandy. Jazda na lodowisku miała swój rytm, zgodnie z puszczaną przez głośniki muzyką. Po pewnym czasie następowała zmiana kierunku jazdy ogłaszana przez głośnik.
Były też zabawy, np. wąż. Wyglądało to tak, że kto chciał, trzymał się za ręce, zwykle to było kilka osób, i ten, kto był pierwszy, ciągnął resztę. Często kończyło się to tak, że ktoś puszczał rękę sąsiada i wąż się rozpadał lub ktoś się wywracał. Powodem przeważnie była zbyt duża prędkość narzucona przez prowadzącego. Było też podcinanie dziewczynek przez chłopców w ramach zalotów. Zawsze jednak ktoś pilnował porządku na lodowisku i przerywał zabawy, które nie zapewniały bezpieczeństwa. Na lodowisku traciliśmy poczucie czasu i często zapominaliśmy, że godzinę temu, a nawet dwie, mieliśmy być w domu. Nie był to rzadki przypadek, że przy ogrodzeniu stali rodzice i przywoływali swoje dzieci. Nawet po tylu latach z uśmiechem i wewnętrzną radością wspominam ten czas.
Zimowa droga do szkoły
Mam przed oczami też inny obrazek, nasz zimowy szlak dom – szkoła. Przede wszystkim dzieci, z tornistrami na plecach i workami na kapcie, szły do szkoły same lub w grupach. Takie obrazki wydają mi się dzisiaj całkowitą prehistorią.
W okolicach godziny ósmej rano obecny skwer Starszych Panów, a za moich czasów skwer przy sklepie, zapełniał się szkolną dzieciarnią, która wychodziła z bocznych uliczek: Goraszewskiej, Jodłowej, Zakręt, Kąkolewskiej i przechodząc przez park, wchodziła w ulicę Jodłową, na wysokości domu państwa Magnuskich, i tam zaczynała się zabawa. Przy krawężniku na ulicy były zawsze zimą zamarznięte kałuże, niektóre bardzo długie i te cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Każdy chciał przelecieć przez nie jak najszybszym ślizgiem. Czekaliśmy w kolejce, aż osoba przed nami przejedzie ślizgawkę, po czym rozpędzaliśmy się, bo chodziło o dojechanie do samego końca. Nie było mowy, żeby którąś ominąć. Dodatkową atrakcją wśród chłopców było okładanie się po głowie workami z kapciami. I tak docieraliśmy do szkoły. Czasem wchodziliśmy szybciej do szatni, a czasem z opóźnieniem, zależało to od tego, czy przy wejściu były sprawdzane tarcze szkolne i worki z kapciami.
Szkoła nr 103, czyli „Stotrójka”
O szkole nr 103 mogę opowiadać w nieskończoność, bo bardzo ją lubiłam. Kiedy po raz pierwszy przekraczałam progi szkolne, dyrektorem był pan Bill. Mieszkał z tyłu budynku szkolnego, gdzie znajdowały się dwa mieszkania. Jedno dyrektorskie, w drugim mieszkała rodzina Chybów. Pan Chyb zajmował się wszystkim – ogrodem, boiskiem, naprawami, organizacją, porządkiem, bardzo szeroko pojętym, nawet czasem sprawdzał tarcze przy wejściu. Był bardzo miły, oczywiście zwracał nam uwagę i nas strofował, gdy było to niezbędne. Zawsze uważałam ich za tych, co kochają to miejsce. Mieszkali tam do samego końca.
Następnym dyrektorem za moich czasów był nauczyciel historii Borowiec, mieszkaniec ulicy Koronowskiej. Ważne nazwisko związane z początkami szkoły nr 103 to Hardejewscy. Małżeństwo Hardejewskich prowadziło bibliotekę i czytelnię szkolną. Pilnowali, żeby książki wypożyczone były zwracane w terminie, uczyli nas szacunku do słowa pisanego, organizowali grupowe i indywidualne okładanie książek w szary papier. Pamiętam też dyżury w bibliotece. Polegały one na układaniu zwróconych książek na właściwe półki, czasem porządkowaniu katalogów. Państwo Hardejewscy mieszkali na ulicy Rabczańskiej.
Moja szkoła nr 103 to bardzo częste akademie okolicznościowe, które odbywały się w sali gimnastycznej. Tylko nielicznym udawało się znaleźć miejsce siedzące na niskich drewnianych ławeczkach z wyposażenia sali gimnastycznej, reszta przestępując z nogi na nogę, musiała wystać do końca. Czujny wzrok pani Żerek, słynnej nauczycielki geografii, pilnował, żebyśmy się zbytnio nie kręcili i nie gadali. O ile dobrze pamiętam, to te uroczystości nie były krótkie, przemówienie dyrektora, inne przemówienia, no i część artystyczna – chór pod batutą pani Bak grającej na akordeonie i liczne recytacje głównie poezji Władysława Broniewskiego. Wiersz Bagnet na broń to był zdecydowany szlagier akademii szkolnych. Poza tym pieśń „Spoza gór i rzek wyszliśmy na brzeg” [Marsz Pierwszego Korpusu – przyp. red.], no i „Wyklęty powstań ludu ziemi”, czyli Międzynarodówka. Pamiętam też, że przygotowania i próby do tych uroczystości trwały wieki.
Zanim dostąpiliśmy zaszczytu brania udziału w tych niezapomnianych chwilach, musieliśmy wyprodukować okolicznościowe gazetki. Starałam się zgłaszać do tych grupowych prac. Zawsze robiliśmy to w kilka osób, bo była to okazja do wykazania się kreatywnością, stworzenia czegoś kolorowego i bycia z koleżankami. Gazetki wisiały później na tablicach na korytarzach.
Korytarze szkolne to też cała historia. Przerwy, gonitwy, dziewczynki ciągnięte za włosy, gdy czytanie książek na parapecie, szybkie nadrabianie zaległości w sprawie prac domowych. Hitem była gra w gumę, o której już pisałam, tiki-taki, ciupy, czyli podrzucanie i łapanie pięciu kamieni lub haceli, no i oczywiście skakanka i hula-hop. Korytarz to też stolik i siedząca przy nim w czasie przerw pani Morawska, nauczycielka matematyki. Pani Morawska prowadziła SKO (Szkolną Kasę Oszczędności) i przy tym stoliku dokonywaliśmy głównie wpłat do naszego minibanku.
Nauczyciele, których nie sposób zapomnieć
Nauczyciele. Pan Wolski, czyli pan od WF-u, był wymagający i dowcipny. Prawie było niemożliwe wykręcenie się od ćwiczeń i może dobrze, bo jesteśmy pokoleniem w miarę sprawnym. Dzieci otyłe w tamtych czasach to była rzadkość.
Pani Baradziej – biologia i Pani Grudzińska – chemia. Przyjaźniły się, wracały do domu razem. Pani Baradziej mieszkała na Zdrojowej, pani Grudzińska chyba na Okrężnej. Jedna była blondynką, druga cudnie ruda. Pani Baradziej była uśmiechnięta i dowcipna. Były, jak na tamte czasy, bardzo dobrze ubrane i zawsze dobrze uczesane. Na lekcjach chemii robiliśmy często przeróżne doświadczenia i to było fajne. Z panią Baradziej często mieliśmy lekcje w terenie, pokazywała nam, co rośnie wokół jeziora, hodowaliśmy fasolkę na gazie w słoiku, oglądaliśmy wszystko, co się dało pod mikroskopem, rysowaliśmy pantofelka.
Pani Żerek, nauczycielka geografii, miała na nas swoje sposoby. Recytowaliśmy, obudzeni w środku nocy, wszystkie dopływy Wisły i Odry po kolei, rzeki ZSRR też po kolei, państwa z ich stolicami: Katar – Doha, takie zbitki w naszych głowach pozostały na całe życie. Klasówki z układania karteczek to znak rozpoznawczy działań pedagogicznych pani Żerek. Polegało to na tym, że siadaliśmy na podłodze na korytarzu i układaliśmy dokładnie wymieszane karteczki, na których były napisane państwa i ich stolice. Mieliśmy na dopasowanie karteczek określony czas, potem pani Żerek podchodziła do każdego z nas i jednym spojrzeniem wychwytywała nasze niedostatki w wiedzy.
Pani Głuchowska, moja ukochana pani od polskiego, mieszkała na Morszyńskiej 27 w domu z 1930 roku, w którym przed wojną mieszkał sanacyjny generał i minister spraw wojskowych – Tadeusz Kasprzycki. Często przychodziłam tam z koleżankami, przynosząc dodatkowe wypracowania, które pisałyśmy, bo chciałyśmy pisać. To jej zawdzięczam odwagę w przelewaniu myśli na papier.
Pani Koczkodaj uczyła nas biologii po odejściu pani Baradziej, mieszkała na ulicy Koronowskiej. Urocza, zawsze uśmiechnięta, chodzący spokój, głupio było ją zawieść i czegoś nie zrobić. Przychodziła na skwer Starszych Panów w święta Sadyby. Niestety odeszła parę lat temu.
Tych ważnych osób ze „Stotrójki” było wiele i to temat na osobną pisaninę.
Szkoła nauczyła mnie czerpać przyjemność z robienia czegoś razem, w grupie, bez nadmiernej rywalizacji, ale z szacunkiem dla ludzi, którzy tworzyli to miejsce.
***
Śródtytuły pochodzą od redakcji. Rozdział jest częścią książki „Wspomnienia z naszej Sadyby” wydanej w 2023 roku w ramach inicjatywy lokalnej przez Wytwórnię Inicjatyw Twórczych przy wsparciu finansowym Urzędu Dzielnicy Mokotów. Portal Sadyba24 był partnerem tej publikacji.





