Z 92 dni sezonu kąpielowego 2026 warszawiacy realnie mogli wejść do wody przez 58 dni. Ponad miesiąc obowiązywał zakaz kąpieli – informował o tym na bieżąco portal Sadyba24.pl. To był najdłuższy taki okres w historii tego kąpieliska. Ale, jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego publikowanych w serwisie kąpielowym, to żaden wypadek przy pracy. Ocena jakości wody w Jeziorku spada rok po roku: z „doskonałej" w 2021, przez „dobrą" w 2022, 2023 i 2024, do „dostatecznej" w 2025. Sanepid mierzy tylko objawy – poziom wybranych bakterii i glonów. Nie pyta, skąd się biorą. Postanowiliśmy to sprawdzić. Sięgnęliśmy po ostatnie duże opracowanie naukowe na temat tego zbiornika – pracę zespołu SGGW i UW z 2017 roku – i zapytaliśmy stołeczny ratusz, co jego zdaniem stoi za tym stanem rzeczy.
Dwóch wrogów w jednej wodzie
Najpierw przyjrzyjmy się objawom zanieczyszczenia. Zamknięcia kąpieliska w Jeziorku Czerniakowskim wracały w tym roku falami, z dwóch różnych powodów. Jedno to przekroczony poziom enterokoków kałowych, a drugie - zakwit sinic.
Enterokoki kałowe i E. coli to bakterie, które żyją w jelitach ludzi i zwierząt. W wodzie pojawiają się wtedy, gdy dopływają do niej odchody – z nieszczelnej kanalizacji, spływu z terenu albo dzikiego ptactwa. Nie rozmnażają się od słońca. Rosną, gdy ktoś je „dowozi".
Sinice działają inaczej. To organizmy fotosyntezujące, które kochają ciepło, słońce i brak wiatru. Namnażają się błyskawicznie, gdy woda się nagrzewa i stoi w miejscu. Dlatego w tym samym sezonie kąpielisko mogło raz zamykać się po ulewie, a raz – w środku upalnego tygodnia bez kropli deszczu.
Oba zjawiska mają jednak wspólny mianownik: niski poziom wody. Jeziorko od lat wysycha, a te same ilości zanieczyszczeń w mniejszej objętości wody dają wyższe, bardziej alarmujące stężenia.
Co na to ratusz
Zapytaliśmy stołeczny ratusz wprost: co spowodowało te zjawiska i co miasto zamierza zrobić, by usunąć przyczyny, a nie tylko reagować na skutki. Urzędnicy przekierowali nas do Ośrodka Sportu i Rekreacji Mokotów, który formalnie organizuje kąpielisko. Sam ratusz, jak przyznał w przesłanym stanowisku, „nie analizuje przyczyn okresowego pogorszenia jakości wody" – prowadzi jedynie ewidencję wyników badań.
Wydział Prasowy ratusza wskazał to, co dobrze wiedzieliśmy, że w sezonie 2026 zakaz kąpieli wprowadzano trzykrotnie: raz z powodu zakwitu sinic, dwa razy z powodu przekroczonych enterokoków. Wyjaśnił, że sinicom sprzyja wysoka temperatura. Enterokoki tłumaczono inaczej – możliwym dopływem zanieczyszczeń „ze spływem powierzchniowym po ulewnych deszczach".
To odpowiedź trafna, ale niepełna. Tłumaczy mechanizm. Nie tłumaczy źródła. Bo pytanie brzmi: skąd te zanieczyszczenia biorą się w spływie, który akurat spod Sadyby trafia prosto do jeziorka?
Co widzą naukowcy pod powierzchnią
Tu warto sięgnąć głębiej – dosłownie. Zespół badawczy z SGGW, Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, kierowany przez dr. Andrzeja Mikulskiego, przez rok (kwiecień 2015 – marzec 2016) monitorował m.in. wody gruntowe zasilające Jeziorko. Do tego celu rozstawili wokół zbiornika sieć piezometrów – rur pomiarowych sięgających do warstwy wodonośnej.
Wyniki są jednoznaczne. „W wodach podziemnych wpływających do jeziora od strony południowo-wschodniej stężenia substancji biogennych wielokrotnie przekraczały te, obserwowane w jeziorze" – piszą autorzy opracowania „Dylematy ochrony i rekultywacji jezior miejskich - przykład Jeziorka Czerniakowskiego w Warszawie”. Innymi słowy: woda, która dociera do zbiornika spod ziemi, jest brudniejsza niż woda, która już w nim jest.
Najbardziej niepokojące dane pochodzą z północnej części Jeziorka. Naukowcy – Andrzej Mikulski z UW, Agnieszka Bańkowska-Sobczak z SGGW, Aleksandra Pełechata z UAM w Poznaniu i Michał Wasilewicz z SGGW - zanotowali tam incydentalne skoki stężenia fosforu ogólnego w wodach gruntowych – w skrajnych przypadkach aż do 17,6 mg/l. Dla porównania: formy mineralne fosforu w tych samych próbkach wynosiły zaledwie 0,01–0,08 mg/l. Taka różnica to sygnał, że do wody trafia surowa materia organiczna, a nie naturalnie rozłożone związki mineralne.
I tu pojawia się kluczowe zdanie raportu. W miejscach tych stwierdzono przepływ wód gruntowych od strony jeziora w stronę lądu – czyli zbiornik fizycznie nie mógł być źródłem tego zanieczyszczenia. Musiało ono wsiąknąć od strony brzegu. Naukowcy piszą wprost: „Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest dostawa substancji organicznych z powierzchni gruntu, co sugeruje pośrednio wylewanie bogatych w materię zanieczyszczeń blisko brzegów zbiornika".
Co to oznacza w praktyce? Ktoś – lub coś – wprowadza nieczystości bezpośrednio do gruntu w pobliżu linii brzegowej. Grunt je wchłania, a wody podziemne transportują je dalej, prosto do misy jeziora. Ważne zastrzeżenie: raport naukowców nie wskazuje konkretnych posesji, ulic ani rur – mówi jedynie o „północnej części zbiornika". Nie da się więc na tej podstawie wprost wskazać zabudowy przy konkretnej ulicy. Mechanizm, który opisują naukowcy – wsiąkanie nieczystości od strony brzegu do wód gruntowych – pasuje jednak do tego, o czym od lat mówi się przy okazji starej zabudowy jednorodzinnej: tam, gdzie wciąż mogą funkcjonować przydomowe szamba, nie zawsze szczelne. To pozostaje hipotezą wymagającą osobnego sprawdzenia, a nie ustaleniem z raportu. Sam mechanizm – deszcz podmywa nieszczelny zbiornik na nieczystości, a wody podziemne roznoszą je dalej – tłumaczyłby jednak dobrze, czemu jakość wody pogarsza się właśnie po opadach, na co zwraca uwagę ratusz.
Naukowcy znaleźli też poszlakę latem 2015 roku. W wodzie masowo pojawiły się wtedy eugleniny – glony żywiące się rozpuszczoną materią organiczną. Ich obecność w niektórych próbkach sięgała aż 32 procent całej biomasy fitoplanktonu. Autorzy piszą, że taki wysyp euglenin sugeruje dopływ do wody „znacznych ilości łatwo rozpuszczalnej materii organicznej", która mogła pochodzić „ze zrzutu zanieczyszczeń takich jak gnojówka lub ścieki bytowe". Glony te reagują na obecność fekaliów niemal jak papierek lakmusowy.
Mieszkańcy mają własną listę podejrzanych
Niezależnie od naukowców z SGGW, UAM i UW, własną diagnozę przygotowało też Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Miasto Ogród Sadyba. W marcu 2026 roku Społeczny Zespół ds. Jeziorka Czerniakowskiego – w którym zasiadają przedstawiciele organizacji społecznych, eksperci od ochrony przyrody i mieszkańcy – przedstawił miejskiemu zespołowi ds. ochrony Jeziorka listę zagrożeń dla rezerwatu. Zanieczyszczenie biologiczne wymieniono jako jedno z nich, wskazując trzy konkretne źródła biogenów.
Pierwsze to Kanał W wraz z jego zlewnią – wody opadowe spływające z kanalizacji deszczowej, z wylotem w rejonie Augustówki. Drugie to wody gruntowe, które – jak zaznacza Towarzystwo – zasilają jezioro wodą „o stężeniach biogenów znacznie wyższych niż w samym zbiorniku". Jako przyczynę autorzy wskazują brak kanalizacji sanitarnej w przeszłości, nawożenie boisk, ogródki przydomowe, psie odchody oraz fakt, że część Sadyby wciąż nie jest skanalizowana. Trzecie źródło to spływ powierzchniowy z ogródków działkowych, stajni, pastwisk oraz nawożonych boisk i trawników miejskich, niosący odchody zwierzęce i nawozy.
Diagnoza mieszkańców jest szersza niż to, co udało się ustalić naukowcom SGGW dziewięć lat wcześniej, ale idzie w tym samym kierunku: to nie jeden winowajca, tylko suma małych, rozproszonych źródeł – część z nich związana właśnie z brakiem pełnej kanalizacji sanitarnej wokół zbiornika.
Zbiornik, który nie ma jak się rozcieńczyć
Do tego dochodzi problem, który sam w sobie nie zanieczyszcza wody, ale wzmacnia każdy inny kłopot. Jeziorko od 1934 roku nie ma kontaktu z Wisłą – to właśnie wtedy po raz ostatni zalała je powódź. Od tego czasu zbiornik traci wodę. Od lat dwudziestych XX wieku jego powierzchnia i maksymalna głębokość zmniejszyły się o 26 procent, a objętość – aż o 43 procent.
Autorzy raportu piszą krótko: „Bilans wodny Jeziorka jest trwale ujemny". Powód to kombinacja czynników – brak zasilania z rzeki, szczelna, zurbanizowana zlewnia, a także lej depresyjny wywołany przez pobliską elektrociepłownię Siekierki, która przez lata wypompowywała wodę spod swoich fundamentów. Im mniej wody w misie jeziora, tym mocniej każdy dopływ zanieczyszczeń – z gruntu, z rowu, ze spływu powierzchniowego – podnosi ich stężenie. Ten sam ładunek fekaliów w mniejszym zbiorniku po prostu bardziej szkodzi.
Co dalej
Naukowcy SGGW i UW już w 2017 roku pisali, że bez uzupełnienia wody wszystkie inne działania będą tylko leczeniem objawów. Rekomendowali dostawę wody z zewnątrz, ograniczenie dopływu biogenów – zarówno z powierzchni, jak i spod ziemi – oraz odbudowę roślinności wodnej, która naturalnie konkuruje z sinicami o światło i składniki odżywcze.
Dowóz wody to jednak tylko jedna strona równania. Sama woda, nawet czysta, nie zatrzyma dopływu nieczystości od strony brzegu – rozcieńczy je najwyżej chwilowo, dopóki źródło zanieczyszczeń nie zostanie znalezione. Skoro i naukowcy SGGW i UW, i Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba wskazują wody gruntowe oraz brak pełnej kanalizacji sanitarnej jako jeden z głównych problemów, logicznym krokiem obok dowozu wody byłaby systematyczna kontrola szczelności szamb i innych źródeł zanieczyszczeń wzdłuż brzegów – w tym na działkach pracowniczych i przy nieskanalizowanych fragmentach Sadyby. Taka kontrola pozwoliłaby zlokalizować konkretne punkty wycieku, zamiast – jak dotąd – jedynie mierzyć jego skutki w wodzie kąpieliska. Żadne z dotychczasowych stanowisk ratusza nie wspomina jednak o planach takiej inwentaryzacji.
Dziewięć lat po raporcie SGGW diagnoza się nie zmieniła, a symptomy – jak pokazuje tegoroczny rekord zamknięć – są coraz wyraźniejsze. Ratusz mówi o poszukiwaniu sposobu na sztuczne zasilenie Jeziorka w wodę. Naukowcy i mieszkańcy od lat wskazują też na drugą, równie pilną stronę problemu: to, co i skąd dopływa do jeziorka spod ziemi. Pytanie, ile jeszcze sezonów kąpielowych minie, zanim obie te rekomendacje zamienią się w konkretne działania nad brzegiem Jeziorka.
