Stara Sadyba przyzwyczaiła już swoich mieszkańców do tego, że jest osiedlem-fenomenem. Cytrynowe światło płynące z czteropalnikowych latarń typu Agrykola towarzyszy spacerowiczom na Orężnej, Jodłowej, Godebskiego, Kąkolewskiej, Goraszewskiej i Waszkowskiego. Od kilku lat Sadyba oficjalnie nosi tytuł największego skupiska czynnych latarni gazowych w Polsce. Wyprzedza pod tym względem warszawską Agrykolę i wrocławski Ostrów Tumski.
Rzecz w tym, że gdyby dziś ktoś policzył wszystkie oryginalne latarnie stojące na terenie dawnego Miasta Ogrodu Sadyba, oficjalna suma i tak by się nie zgadzała. Brakuje w niej jednej. Redakcja Sadyba24 znalazła ją przypadkiem już dziesięć lat temu. Jej historia do dziś nie doczekała się happy endu.
Dziesięć lat temu, prawie przypadkiem
Jesienią 2016 roku dzielnica Mokotów szykowała się do remontu sześciu zdewastowanych latarni gazowych przy Goraszewskiej, Waszkowskiego i Jodłowej. Wyłączono je z sieci jeszcze w 1999 roku.– Uznano wtedy, że są zbyt uciążliwe w utrzymaniu – mówił Sadyba24 Marek Barszcz, ekspert od latarni gazowych i dawny mieszkaniec Sadyby. W miejscach zgaszonych latarni stanęły mosiężne atrapy. Dawały tylko tyle światła, ile wymagały przepisy.
Remont ruszył na wniosek ówczesnej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zabiegał o to stołeczny konserwator zabytków. Bezpośrednim impulsem była likwidacja Mazowieckiej Spółki Gazownictwa, dotychczasowego właściciela latarni. Latarnie zostały bez formalnego opiekuna.
Redakcja Sadyba24 dostała wtedy od dzielnicy mapkę z lokalizacjami latarni przeznaczonych do remontu. Porównała ją ze stanem w terenie. I natrafiła na siódmą, dodatkową latarnię. Stała identycznie jak pozostałe, ale kilkanaście centymetrów od chodnika, za ogrodzeniem prywatnej posesji na rogu Goraszewskiej i Kuracyjnej.
Nieżyjący już varsavianista Jarosław Zieliński, autor monografii latarni warszawskich, sprawdził wtedy swoją inwentaryzację z 2006 roku, którą wykonał na zlecenie stołecznego konserwatora zabytków. – Nie mam jednak tej konkretnej sztuki w swoim wykazie – przyznał w rozmowie z Sadyba24. – Proponuję porównać obecny układ drogi z tym z 1945 – być może stąd będzie wynikało, dlaczego latarnia znalazła się w prywatnym ogródku – sugerował Zieliński. Ten trop faktycznie okazał się rozwiązaniem dla zagadki. Ale nie był kluczowy dla nadaniu sprawy dalszego biegu.
Marek Barszcz pamiętał za to, jak widywał latarników z trudem zapalających tę latarnię nad ogrodzeniem. Działo się to najprawdopodobniej jeszcze na początku lat 80. Potwierdził to Andrzej Wrzeszcz, specjalista od latarni gazowych w biurze stołecznego konserwatora zabytków. Nie był jednak pewien, czy paliła się regularnie.
Cztery zgody, jedna odmowa
Ustalenie, że latarnia kiedyś naprawdę działała, otworzyło drogę do jej podłączenia. Wystarczyło formalnie przenieść ją z prywatnego ogródka na pas drogowy. – Trzeba najpierw uzyskać zgodę obecnych właścicieli – tłumaczył wtedy Wrzeszcz.
Właścicielka nieruchomości, pani Barbara z Goraszewskiej 2a, zgodziła się bez wahania. W piśmie do burmistrza Mokotowa i konserwatora zabytków napisała: „Mam nadzieję, że latarnia ta – po przesunięciu na chodnik w pasie drogi ulicy Goraszewskiej – zostanie wkrótce poddana remontowi, podłączona do sieci gazowej i uruchomiona, i tym samym zostanie zachowana dla potomności jako żywy świadek historii Sadyby i Warszawy.”
Urzędnicy zareagowali szybko. Kilka dni później dzielnica wystąpiła do gazowni o dodatkowy przydział gazu. 25 października 2016 roku stołeczny konserwator zabytków Michał Krasucki wydał pozytywną opinię w sprawie przyłączenia siódmej latarni. – Teraz powinno już być z górki – cieszył się wtedy Henryk Antosiak, urzędnik z Mokotowa zajmujący się latarniami gazowymi.
Był jednak haczyk. Z danych geodezyjnych wynikało, że nieruchomość z latarnią w ogródku ma nie jednego, a czterech współwłaścicieli. Zgoda pani Barbary była tylko jedną z czterech potrzebnych.
Ostatecznie na przeniesienie latarni poza prywatny ogródek zgody nie wyraziło trzech pozostałych współwłaścicieli. Brak jednomyślności wystarczył, by zablokować cały plan. Latarnia miała, jak mówił wtedy Antosiak, „poczekać na lepsze czasy”.
Odwrócenie losu po chudych latach gazówek
Słowa urzędnika nie były tylko zwykłym pocieszeniem. Wpisywały się bowiem w widoczny trend rewitalizacji gazówek na starej Sadybie. Wystarczy spojrzeń na liczby.
W 1982 roku do rejestru zabytków wpisano 52 latarnie. W 2008 roku ocalało już tylko 38. To niespełna trzy czwarte pierwotnej liczby. W kolejnych latach z użytku wypadały następne, świeżo odrestaurowane egzemplarze. Zgasły między innymi lampy przy Godebskiego i Jodłowej. Zapomniana latarnia z ogródka przy Goraszewskiej wpisywała się więc w szerszy trend. Gazówek na Sadybie ubywało, a nie przybywało.
Trend odwrócił się w okolicach 2010 roku. Stało się to dzięki wspólnym staraniom kilku stron naraz. Mieszkańcy, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Miasto Ogród Sadyba, stołeczny konserwator zabytków, Gazownia Warszawska i urząd dzielnicy Mokotów doprowadzili do kolejnych etapów rewaloryzacji latarni wpisanych do rejestru zabytków.
Inwestorem prac był Urząd Dzielnicy Mokotów. Wykonawcą infrastruktury gazowej – Gazownia Warszawska, należąca do PGNiG. Za dostawę i serwis nowych latarni odpowiadała firma Cofund. Nadzór merytoryczny sprawował Stołeczny Konserwator Zabytków. Same lampy powstawały według wzoru latarni z 1856 roku – tego samego, co oryginalne egzemplarze z lat 30.
Już w latach 2008–2010 odnowiono pierwsze kilkadziesiąt latarni. Kolejny etap, zrealizowany w 2010 roku, przyniósł 21 nowych replik na Kąkolewskiej, Godebskiego i Orężnej – oraz renowację 47 oryginalnych lamp na tych samych ulicach. W 2011 roku dwanaście replik z 1856 roku stanęło na dotąd ciemnym Skwerze Starszych Panów. Szlak latarni gazowych oficjalnie otworzyli wtedy przedstawiciel PGNiG oraz prezes Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba.
Przy okazji remontów kolejnych ulic – jak Goraszewskiej, przebudowanej w 2021 i 2022 roku – zaczęto dostawiać nowe latarnie także tam, gdzie wcześniej świeciły zwykłe lampy elektryczne. Na całej długości odnowionej Goraszewskiej pojawiły się repliki w tym samym historycznym stylu.
Dziś: rekord, ale niepełny
Efekt tej wieloletniej pracy jest dziś dobrze udokumentowany. Jak wynika z ustaleń Sadyba24 z października 2022 roku, stara Sadyba jest największym skupiskiem czynnych latarni gazowych w Polsce. To dotąd najbardziej wyczerpujące takie zestawienie w kraju. Liczba latarni sięgała wtedy 121 sztuk. Sadyba wyprzedzała wrocławski Ostrów Tumski (99 sztuk) i warszawskie Bielany (64 sztuki).
Oficjalne wykazy wciąż nie uwzględniają latarni z prywatnego ogródka przy Goraszewskiej. Formalnie nigdy nie stała się częścią miejskiej infrastruktury. Na szczęście wiadomo, że nadal tam stoi. Gdyby ją policzyć, Sadyba miałaby nie 121, a 122 czynne latarnie gazowe.
Warto przy tym rozróżnić dwie kategorie latarni, które dziś świecą na Sadybie. Te 122 latarnie należą do pierwszej grupy. To latarnie gazowe – część z nich jest oryginalna, sprzed wojny lub z lat 30., część to nowsze repliki z 1856 roku, ale wciąż zasilane gazem i palące się prawdziwym płomieniem. Druga kategoria to latarnie elektryczne, które tylko wyglądają jak gazowe. Wszystkie one są nowymi replikami – imitują historyczny kształt latarni, ale świecą prądem, a nie ogniem. Odróżnić je na pierwszy rzut oka bywa trudno. Najlepiej widać to na przykładzie ulicy Truskawieckiej, oświetlonej elektrycznymi LED-ami o białym świetle, i pobliskiej Orężnej, gdzie wciąż płonie prawdziwy, cytrynowy gaz.
W tym całym zamieszaniu o jednej, najmniejszej z latarni – tej zapomnianej za płotem – od lat nikt oficjalnie nie wspomina. Dopóki któryś z czterech współwłaścicieli nieruchomości przy Goraszewskiej 2a nie zmieni zdania, pozostanie tym, czym jest od dekad: żywym, ale nieoficjalnym świadkiem historii Sadyby, którego nie ma w żadnej urzędowej tabelce.





