Willi już nie ma powodu szukać po adresie – nikt na Sadybie nie oprowadza po niej wycieczek, a w rozmowach dawni bywalcy najchętniej zmieniają temat. A jednak to właśnie tu, na spokojnej, willowej uliczce niedaleko Jeziorka Czerniakowskiego, powstała jedna z najsłynniejszych – i najlepiej udokumentowanych – komun hipisowskich w powojennej Polsce. Mieszkali w niej ludzie, którzy dziś zasiadają w Sejmie, prowadzą gabinety psychoterapeutyczne albo są rozpoznawani z anten telewizyjnych.
Ucieczka z Ożarowa
Zanim ktokolwiek usłyszał o komunie z Cyganeczki, w Warszawie od dwóch lat rodził się ruch, z którego się ona wykluła. Za początek polskiego hipisostwa historycy przyjmują rok 1967 – moment, w którym częściowe otwarcie Polski na Zachód po 1956 roku zaczęło owocować importem zachodniej muzyki, mody i idei kontrkulturowych. Jedną z pierwszych warszawskich wspólnot był „Kurnik”, po którym pojawiły się kolejne skupiska w Podkowie Leśnej i w Ożarowie – tam działała komuna związana z „Prorokiem”, czyli Józefem Pyrzem, charyzmatycznym byłym studentem Akademii Teologii Katolickiej.
To właśnie z Ożarowa, po konflikcie w tamtejszej wspólnocie, część hipisów przeniosła się na Mokotów. Willę przy Cyganeczki tanio wynajął architekt zmuszony do wyjazdu za granicę, a formalnie lokal firmował Antoni Nowacki – stąd przylgnęła do mieszkania nazwa „antkówka”. Zimą 1969 roku mieszkało tam już kilka osób na stałe, a codziennie odwiedzały ich dziesiątki znajomych z całego środowiska.
Kto naprawdę wynajął Cyganeczki
Wersje na temat początków komuny różnią się w szczegółach – i to samo w sobie jest ciekawe, bo pokazuje, jak bardzo ta historia żyje dziś tylko we wspomnieniach. Marek Zwoliński, pseudonim Psycholog, twórca komuny, wspomina, że pomysł na wspólne, większe mieszkanie zrodził się w rozmowie z Balubą, czyli Markiem Liberskim. To Baluba miał znaleźć willę na Sadybie, a także sprowadzić pierwszych współlokatorów – angielskiego muzyka Nigela, studiującą na ASP Angielkę o polskich korzeniach imieniem Marysia oraz muzyka Dominika Kutę.
Zupełnie inaczej pamięta to Jacek Malicki, pseudonim Krokodyl, barwna postać sceny hipisowskiej i późniejszy członek Grupy w Składzie. Według niego to Nigel Osmond, stypendysta szkoły muzycznej grający na skrzypcach, wynajął mieszkanie, które uchodziło wtedy za prawdziwy luksus. Niezależnie od tego, kto pierwszy podpisał umowę, obaj są zgodni co do jednego: w willi mieszkali między innymi Psycholog, Antek, Baluba i Ho, czyli Chożela, który – jak żartobliwie wspomina Krokodyl – przy okazji spowodował wybuch pieca.
Wspólna kasa, wspólne ubrania, „kopulatorium”
Ponadstumetrowe mieszkanie w willi – trzy małe pokoje, jeden duży salon, pracownia i pralnia w suterenie – szybko stało się czymś więcej niż zwykłym lokum grupy znajomych. Wspólne były pieniądze, jedzenie, a nawet ubrania: do szafy na korytarzu każdy wrzucał to, w czym przyszedł z miasta, a wychodząc, brał to, co mu się spodobało. Lokatorzy i goście sypiali na ogromnych, własnoręcznie uszytych materacach, a jeden z pokoi zyskał wiele mówiącą nazwę – „kopulatorium”.
Zwoliński, cytowany w książce Kamila Sipowicza „Hipisi w PRL-u”, przyznaje, że początkowo próbowano zrobić z Cyganeczki prawdziwą komunę – ze wspólną sypialnią i jak najmniejszą liczbą zasad. Z czasem jednak mieszkańcy zaczęli „rozłazić się po kątach”: Baluba wprowadził się do pokoju Marysi, Dominik i Migdał zostali w największym pomieszczeniu, a sam Psycholog – po tym, jak zaprzyjaźniona Sielanka poprosiła go o nocleg – na dobre zamieszkał w „kopulatorium”. Część mieszkańców pracowała zarobkowo, a pieniądze w dużej mierze trafiały do wspólnej kasy. Sam Zwoliński roznosił mleko po okolicznych blokach, wstając o świcie jak każdy peerelowski mleczarz.
Muzyka zamiast ideologii
O ile komuna w Ożarowie żyła sporami filozoficznymi i próbami stworzenia wspólnego programu ideowego, o tyle na Cyganeczki – jak wspominają zarówno Zwoliński, jak i Krokodyl – dyskusji ideologicznych z czasem było coraz mniej, a coraz więcej wspólnego grania. W salonie regularnie improwizowano tak zwaną muzykę intuicyjną: ktoś siadał z gitarą, ktoś inny schodził z piętra z innym instrumentem i po prostu się dołączał. Krokodyl, który sam był muzykiem, przyznaje jednak, że wspólna twórczość niespecjalnie go pociągała – wolał być artystą indywidualnym niż grupowym, w przeciwieństwie do części towarzystwa zafascynowanej pomysłami Proroka na zbiorowe malowanie czy parateatr.
Bezpieka pod drzwiami
Od połowy 1970 roku warszawscy hipisi znaleźli się w polu zainteresowania Służby Bezpieczeństwa, która objęła ich sprawą operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Kudłacze”. To właśnie z zachowanej w archiwach IPN notatki SB z czerwca 1970 roku historycy odtwarzają dziś listę mieszkańców „antkówki” zimą 1969 i 1970 roku. Wcześniej, w kwietniu 1969 roku, Departament III MSW sporządził odrębną, obszerną notatkę na temat samego ruchu hipisowskiego w Polsce, opisując go m.in. jako środowisko, które nie uznaje pracy poza niezbędnym minimum, kwestionuje instytucję rodziny i głosi wolną miłość bez formalnej legalizacji związków.
Marek Zwoliński przyznaje, że kilkakrotnie był przesłuchiwany – w Pałacu Mostowskich i w komendzie na Malczewskiego – choć nigdy dłużej nie zatrzymywano go ani nie aresztowano. Rodzicom Zwolińskiego bezpieka groziła wyrzuceniem syna ze studiów – do czego ostatecznie nie doszło, mimo że młody hipis dostawał w tym czasie nagrody rektorskie.
Film, który od 50 lat leży na półce
Latem 1971 roku do willi zjechało – jak wspomina Zwoliński – „od cholery ludzi z całej Polski”: z Krakowa, Lublina i Radomia. Powodem był Bohdan Kosiński, dokumentalista, który później sfilmował i uratował od zapomnienia początki Solidarności, a do jego przedwojennego dokumentu „Budowałem miasto” odwoływał się Andrzej Wajda w „Człowieku z marmuru”. Kosiński nakręcił na Cyganeczki ostatnią część swojego filmu „Bez celu” – według Zwolińskiego widać w niej jego samego, Marysię, Balubę i prawdopodobnie Krokodyla, a wśród gości i przyjezdnych między innymi Świnię, Antka, Pabla i Psa.
Zwoliński wspomina, że w tamtych latach hipisi świadomie demonstrowali swój styl życia jako przeciwieństwo kultury alkoholowej – i że film dość dobrze to pokazuje. Ostatni raz widział go na prywatnym pokazie w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w 1974 roku. Reżyser miał wtedy powiedzieć, że „Bez celu” będzie „półkownikiem” – i słowa te okazały się prorocze: przez pół wieku obraz leżał w archiwum Filmoteki Narodowej na oddzielnych taśmach obrazu i dźwięku, praktycznie niedostępny.
Na początku 2024 roku Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny zapowiedziała, że wpisuje „Bez celu” na listę tytułów przeznaczonych do rekonstrukcji i digitalizacji w tym samym roku, co miało oznaczać rychłą, pierwszą publiczną premierę filmu. Do tej zapowiedzi jednak ostatecznie się nie zastosowano – instytucja wycofała się z deklarowanego planu i dziś nie wiadomo, czy i kiedy uda się ocalić film przed zniszczeniem. Jedyny znany filmowy zapis komuny na Cyganeczki wciąż więc czeka na swój los gdzieś na półkach archiwum przy Chełmskiej.
Od hipisów do Twórców
Latem 1971 roku, gdy część mieszkańców uznała, że nie ma zamiaru dłużej płacić czynszu za mieszkanie, które latem i tak można zamienić na życie pod namiotem, pierwsza komuna faktycznie się rozpadła. Zwoliński jeszcze przez jakiś czas pilnował lokalu w imieniu właściciela, mieszkając tam już właściwie sam. Ostatecznie jednak, jak sam relacjonuje, przyszli do niego ludzie z nowego środowiska – nazywającego samych siebie Twórcami – i poprosili o wynajęcie willi. Uznał, że komuna ma pierwszeństwo przed jednostką, i się wyprowadził.
To właśnie ten moment – przejście od komuny czysto hipisowskiej do laboratorium psychologii humanistycznej, psychoterapii i eksperymentów parateatralnych – jest według wielu badaczy najciekawszym, a najsłabiej dziś pamiętanym wątkiem historii komuny na Cyganeczki. Wśród Twórców, którzy zamieszkali w willi, byli między innymi Jacek Jakubowski, późniejszy twórca Szkolnych Ośrodków Socjoterapii, oraz Mirosław Chojecki, założyciel podziemnej oficyny NOW-a i działacz KOR-u. Z tym samym środowiskiem związani byli też późniejsi znani psychoterapeuci Wojciech Eichelberger, Zbigniew Praszkier i Marek Liciński, a także Jan Lityński, Janusz Weiss i Jacek Kleyff z kabaretu Salon Niezależnych.
Politycy, którzy wolą zapomnieć
Dziś część dawnych bywalców komuny na Cyganeczki to ludzie znani z pierwszych stron gazet. Ryszard Terlecki, w komunie znany jako Pies, przez jakiś czas chłopak słynnej Kory, od lat jest politykiem prawicy, śp. Jan Lityński latami pozostawał rozpoznawalną postacią sceny opozycyjnej i publicznej, a Wojciech Eichelberger jest jednym z najbardziej medialnych polskich psychoterapeutów. W wywiadach każde z nich raczej dystansuje się od tamtych czasów niż o nich opowiada – od alkoholu, narkotyków po wolną miłość. Tymczasem zachowane relacje, w tym książka Kamila Sipowicza, wskazują, że rzeczywistość komuny na Cyganeczki mogła być bardziej złożona, niż sugerują dzisiejsze, oszczędne wspomnienia.
Warto jednak zachować tu ostrożność, bo jest to również najsłabiej udokumentowany wątek całej historii. Zdecydowanie pewniejszy grunt to fakty w rodzaju wspólnej kasy, wspólnego mieszkania czy pracy zarobkowej części lokatorów – to one, a nie sensacyjne etykietki w rodzaju „komuny wolnej miłości”, stanowią twardy szkielet tej opowieści.
Historia wciąż czeka na dopowiedzenie
Nikt dziś nie jest w stanie odtworzyć dnia po dniu, co działo się w willi na Cyganeczki między 1969 a 1973 rokiem. Część wiedzy pochodzi z akt SB, część ze wspomnień spisanych kilkadziesiąt lat później, a część z opracowań historyków, którzy sami przyznają, że wiele wątków wymaga dalszej kwerendy. Nie wiadomo nawet dokładnie, kiedy i jak zakończyła się działalność willi jako siedziby środowiska Twórców.
To, co pewne, to fakt, że stara Sadyba była przez kilka lat miejscem, w którym testowano zupełnie inny model życia niż ten oficjalnie obowiązujący w PRL – i że z tego eksperymentu wyrosła spora część późniejszej niezależnej inteligencji, od psychoterapeutów po działaczy opozycji. Czy mieszkańcy Sadyby kiedykolwiek będą mogli sami zobaczyć, jak wyglądała komuna, o której ich sąsiedzi tak długo wolą milczeć – nie wiadomo. Zapowiedziana digitalizacja filmu „Bez celu” nie doszła do skutku, a jedyny obraz filmowy tamtych czasów wciąż czeka – tym razem bez żadnej deklarowanej daty – na swoje ocalenie.
***
Przy pisaniu artykułu korzystaliśmy z poniższych źródeł:
* Kamil Sipowicz, Hipisi w PRL-u – relacje Marka Zwolińskiego („Psycholog”) i Jacka Malickiego („Krokodyl”)
* Bogusław Tracz, opracowanie na temat ruchu hipisowskiego w Polsce, materiały Instytutu Pamięci Narodowej
* Obrzeża społeczne Warszawy w latach 1945–1989, studia i materiały pod red. Patryka Pleskota, Warszawa 2018
* Napaleni na miłość, wywiad z Kamilem Sipowiczem, „Gazeta Wyborcza”, 2009
* Pierwsi polscy hipisi, przemycanie LSD i wolna miłość, wywiad z Kamilem Sipowiczem, Bartosz Sadulski, Onet, 2012
* Zawsze stawać po stronie skrzywdzonych. Notatki z rozmowy, Zbigniew Brzoza i Jolanta Kilian, „pARTisan”, 2018
* Utopia bajecznie kolorowa, Grzegorz Łyś, „Rzeczpospolita”, 2007
* materiały archiwalne SB/IPN dot. warszawskiego środowiska hipisowskiego (m.in. notatka Departamentu III MSW z 21 kwietnia 1969 r. oraz materiały sprawy operacyjnego rozpracowania „Kudłacze”, sygn. AIPN 01286/2672/J)
Czytaj więcej:
Słynna komuna hipisów na Sadybie, o której bywalcy wolą zapomnieć, 18 sierpnia 2019





