Uchwała Sejmiku Mazowsza pozwala warszawskim służbom na redukcję dzików uznanych za niebezpieczne bez wcześniejszego wyznaczania, ile zwierząt można w ten sposób uśmiercić – dotąd takie działania ograniczał sztywny limit liczbowy. Decyzję podjęto na wniosek władz Warszawy, które powoływały się na gwałtowny wzrost liczby zgłoszeń o dzikach i ataków na mieszkańców.
Jak wyjaśnia w komunikacie Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego, dokument formalnie nie nakazuje wybicia żadnej konkretnej liczby zwierząt – zamiast limitu wprowadza kryteria, które mają decydować, kiedy interwencja jest uzasadniona. Zgodnie z komunikatem urzędu, redukcji będą mogły podlegać dziki, które:
- trwale utraciły naturalny lęk przed człowiekiem (tzw. synantropizacja),
- bytują lub regularnie wchodzą na tereny zurbanizowane – obszary zabudowy mieszkaniowej, użyteczności publicznej oraz rekreacyjnej,
- przebywają w pasach drogowych dróg publicznych.
Zdaniem dziennikarzy relacjonujących sesję sejmiku, w praktyce te kryteria obejmują niemal całą miejską populację, bo zdecydowana większość dzików żyjących dziś w Warszawie zdążyła już oswoić się z obecnością ludzi.
Nie strzały, a odłów. Jak w praktyce ma wyglądać redukcja
Jak wynika z komunikatu urzędu marszałkowskiego, w mieście trudno o klasyczny odstrzał – przepisy wymagają zachowania co najmniej 150 metrów od zabudowań, co w gęsto zaludnionej Warszawie w wielu miejscach wyklucza użycie broni palnej.
Uchwała dopuszcza dwie metody: odstrzał redukcyjny oraz odłów zakończony uśmierceniem zwierzęcia – ten drugi, według komunikatu urzędu, może polegać na użyciu urządzeń przeznaczonych do odławiania zwierząt lub na podaniu środka farmakologicznego. Zastrzeżono przy tym, że same urządzenia nie mogą powodować cierpienia dzików, a ich użycie ma podlegać ścisłej kontroli.
Dokładny przebieg takiej interwencji – czy zawsze poprzedza ją unieruchomienie zwierzęcia – nie został w dostępnych relacjach doprecyzowany. Wiadomo natomiast, że metoda budzi opór wśród samych myśliwych: jak zauważał podczas sesji jeden z radnych, cytowany przez „Wyborczą”, tusza zwierzęcia uśmierconego środkiem farmakologicznym musi trafić do utylizacji – nie wolno jej zjeść ani sprzedać.
Za organizację działań odpowiadać ma stołeczny ratusz, najprawdopodobniej za pośrednictwem Lasów Miejskich. – Zadania określone przez uchwałę będzie realizowało miasto stołeczne Warszawa, najprawdopodobniej za pośrednictwem Lasów Miejskich, które mają odpowiednio wyszkolonych pracowników, czyli łowczych – tłumaczy przewodniczący Sejmiku Województwa Mazowieckiego Ludwik Rakowski, jednocześnie burmistrz Wilanowa.
Rakowski podkreśla, że nowe przepisy to nie kaprys, a konieczność wynikająca z sytuacji, jakiej samorząd wcześniej nie musiał rozwiązywać. – Ze względu na błyskawicznie rosnącą populację miejskich dzików ta decyzja była konieczna. Bezpieczeństwo mieszkańców jest najważniejsze, a aktualny stan prawny ogranicza możliwość innych działań ograniczających populację dzików na terenach zurbanizowanych – zaznacza przewodniczący sejmiku.
Wawer, Białołęka, ale też Sadyba. Dziki już nie boją się ludzi
Skala problemu, na którą powołują się urzędnicy, robi wrażenie. Do końca lipca tego roku odnotowano 14,5 tysiąca zgłoszeń mieszkańców dotyczących obecności dzików oraz 159 ataków na ludzi – to więcej niż w całym 2025 roku. Warto jednak rozróżnić dwie liczby, które łatwo ze sobą pomylić: 14,5 tysiąca to liczba zgłoszeń, a nie liczba różnych zwierząt, bo te same osobniki mogły być zgłaszane wielokrotnie.
Najwięcej zgłoszeń spływa z Białołęki i Wawra, ale coraz częściej także z gęsto zabudowanych dzielnic w centrum miasta. Szacunkowa liczebność samej populacji, wyliczona metodą teledetekcyjną w 2025 roku, to około 3 tysięcy zwierząt; wyniki tegorocznego, powtórzonego badania nie zostały jeszcze opublikowane.
Do miejsc, gdzie problem widać szczególnie wyraźnie, należy stara Sadyba, sąsiadująca z rezerwatem Jeziorka Czerniakowskiego – od miesięcy dokumentujemy kolejne incydenty na portalu Sadyba24.pl. Już w październiku 2025 roku pisaliśmy o stadach liczących po kilkadziesiąt sztuk. Latem sytuacja przybrała na sile: pod koniec sierpnia niesprowokowana rodzina dzików zaatakowała kobietę spacerującą z psem przy Forcie Czerniakowskim na Sadybie – oboje zdołali uciec bez szwanku. Po publikacji tego artykułu do redakcji zaczęły napływać kolejne, podobne relacje czytelników z tego samego weekendu i tej samej okolicy. We wrześniu mieszkańcy alarmowali z kolei, że ponad dwudziestoosobowe stado pojawiło się tuż obok bawiących się dzieci w Parku Szczubełka, a jeden z ogrodów przy ulicy Okrężnej został przeorany w ciągu jednej nocy.
Ekspresowe tempo budzi wątpliwości
Jak relacjonował po sesji radnych Mazowsza reporter TVN24 Wojciech Skrzypek, samej uchwały jeszcze rano nie było w porządku obrad sejmiku – dopisał ją w ostatniej chwili marszałek Adam Struzik. Tempo prac skrytykował, co ciekawe, nie przeciwnik odstrzału, a radny PiS Artur Czapliński, który – jak cytuje go „Wyborcza” – uznał pośpiech za efekt strachu przed reakcją mieszkańców stolicy: „Partyzanckie wprowadzanie tej uchwały spowodowane jest strachem przed mieszkańcami Warszawy”. Ten sam radny zwrócił też uwagę, że konsultacje prowadził Tomasz Krasowski – urzędnik marszałka, opisywany przez „Wyborczą” jako jednocześnie wysoko postawiony działacz Polskiego Związku Łowieckiego. – To, że wypowiedzieli się myśliwi, a nie mieszkańcy Warszawy, jest absurdalne – mówił Czapliński, cytowany w tym samym artykule.
Głosy sprzeciwu: przyjaciele zwierząt mówią „nie”
Choć uchwałę poparła zdecydowana większość sejmiku, decyzja ma też przeciwników, którzy podnoszą kilka argumentów – wynikających z relacji z sesji i komentarzy publikowanych po głosowaniu. Po pierwsze – tryb procedowania: jak wynika z opisu „Wyborczej”, projekt trafił pod obrady bez wyraźnego udziału strony społecznej, a Liga Ochrony Przyrody nie zdążyła się wypowiedzieć w błyskawicznych konsultacjach, co władze województwa uznały za milczącą zgodę. Po drugie – brak górnego limitu, który zdaniem radnej Lewicy Pauliny Piechny-Więckiewicz i części komentatorów jest przepisem na tyle pojemnym, że można pod niego „podpiąć” praktycznie każdego dzika w mieście. Po trzecie – pytanie, czy miasto wyczerpało inne metody, zanim sięgnęło po tak radykalne rozwiązanie; radna przywoływała tu przykład Gdyni, która problem dzików próbuje rozwiązywać inaczej.
Nie brakuje też głosów mówiących wprost o odwracającej się hierarchii współczucia wobec zwierząt. – Nasza akceptacja dla dzików zaczyna powoli blednąć – mówił w TOK FM dr hab. Paweł Nasiadka, ekolog z Instytutu Nauk o Zwierzętach SGGW, komentując decyzję sejmiku. Zwolennicy tego nurtu argumentują, że to człowiek zabudował dawne siedliska zwierząt, a nie odwrotnie – jak przypominał podczas sesji sadownik i radny PSL Leszek Przybytniak, który mimo to poparł uchwałę: „To my wchodzimy z zabudową do lasów. Urbanizacja niszczy miejsca bytowe zwierzyny leśnej”. Dla przeciwników uchwały to właśnie ten kontekst – a nie tylko liczba ataków – powinien decydować o tym, jak daleko może się posunąć miasto w walce z dzikami.
Uchewała o redukcji dzików na terenie Warszawy ma obowiązywać dwa lata i wejdzie w życie dwa tygodnie po publikacji w Dzienniku Urzędowym Województwa Mazowieckiego.