Za nami doroczne święto starej Sadyby. Festiwal Otwarte Ogrody objął w tej edycji blisko trzydzieści wydarzeń. Kilka z nich wyróżniało się szczególnie.
Zaskoczenie 1: Ciemne lochy, czyli światło w ciemności
Najmocniej zapadła nam w pamięć wystawa malarstwa sakralnego w przestrzeni artystycznej przy kościele św. Tadeusza na Sadybie. Wystawa „Światłość w ciemności świata” Doroty Łoskot-Cichockiej, inspirowana Ewangelią św. Jana, miała łączyć tradycję wschodniej ikony z wrażliwością sztuki Zachodu. Spodziewaliśmy się rzędu sztalug lub stołów z ikonami w tradycyjnie jasno rozświetlonej salce. Dostaliśmy jednak coś zupełnie innego – ciemne pomieszczenie, punktowe światła, świece, spójny dobór rekwizytów. Wystawa utrzymała tę koncepcję konsekwentnie w całej przestrzeni.
Ikony ustawiono na sztalugach i podpórkach wzdłuż długiego, przykrytego czarnym suknem stołu, każda podświetlona osobną lampką na giętkim ramieniu. Przy każdej pracy stała zapalona świeca i czarna kartka z tytułem, wymiarami, techniką i krótkim komentarzem teologicznym. Zwiedzający przechodzili wzdłuż stołu, zatrzymując się przy kolejnych obrazach i czytając opisy przy świetle lampek i świec.
Odwiedzających nic nie rozpraszało. Było to nastrojowe doświadczenie na najwyższym poziomie, którego można by oczekiwać od renomowanej placówki muzealnej, a nie od lokalnego wydarzenia sąsiedzkiego.
Zaskoczenie 2: Spektakl zamiast koncertu
Piątkowy wieczór w Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej przy Powsińskiej 13 otworzył koncert zespołu Sadyba Śpiewa – muzykujących sąsiadek prowadzonych przez Małgorzatę Terlecką. Tym razem „Ogrody teatry” wykroczyły poza formułę koncertu. Pojawiły się ruchome dekoracje, rozbudowana choreografia, stroje z dominującym motywem maski. Rozmach realizacji był znacznie większy niż w poprzednich edycjach.
Osobną rolę pełniła inspicjentka, prowadząca całość niejako zza kulis, ale widoczna z boku sceny. Z dyskretnym humorem pokazywała publiczności pracę aktorów i obsługi sceny – przesuwanie dekoracji, krzątaninę przed kolejnymi scenami, niespodziewane trudności (imieniny pracownika, zagubiony fryzjer, niedziałający dzwonek), którymi trzeba było natychmiast zarządzić. Dzięki temu widzowie mogli przez cały czas uczestniczyć w zabawie z teatralną konwencją – i obserwować zaplecze na równi z tym, co dzieje się na scenie. Jak podsumował to jeden z organizatorów, tym razem nie mieliśmy do czynienia z koncertem, ale ze spektaklem muzyczno-teatralnym.
Zaskoczenie 3: Pierwsza w historii królowa potańcówki jak wyjęta z epoki
Sobotni wieczór na Skwerze Starszych Panów należał do potańcówki międzypokoleniowej pod hasłem „Życie to jest teatr”. Zespół The Dixie Fellows przygrywał na żywo melodie z lat 60. i 70., a uczestnicy mieli za zadanie nawiązać swoją stylizacją do teatru. Najlepsze kostiumy miały zostać nagrodzone. Po raz pierwszy w historii imprezy pojawiła się osoba z kompletną stylizacją od stóp do głów – poza strojem zadbała również o pasujący makijaż i perukę.
Młoda dziewczyna, która przebrała się za austriacką arcyksiężną Marię Antoninę, miała wysoko upiętą siwo-białą perukę z bujnymi lokami spiętymi nad czołem – klasyczną fryzurę rokokową. Cerę miała wybieloną, powieki podkreślone chłodnym, niebieskoszarym cieniem, a usta pomalowane na intensywną czerwień i ułożone w lekko wydęty, teatralny grymas. Ubrana była w jasnobłękitną suknię z falbanami i koronkowymi wykończeniami przy dekolcie i rękawach, na szyi miała kilka sznurów pereł, a w dłoni trzymała duży koronkowy wachlarz, którym się wachlowała i częściowo zasłaniała twarz. Całość stylizacji – od bieli peruki po sposób trzymania wachlarza – była bardzo konsekwentna i przywodziła na myśl portrety dworskich dam epoki rokoka, mimo że scena rozgrywała się na zwykłym warszawskim skwerze, wśród osób w letnich ubraniach.
Pierwsza kompletna stylizacja w historii potańcówki nie uszła uwadze jurorów. Królowa Maria Antonina została bezapelacyjnie wybrana na królową potańcówki na Sadybie.
Zaskoczenie 4: Kryminał, który zamieni się w piosenkę
Sobotnie popołudnie na ulicy Klarysewskiej 10 należało do literatury. Spotkanie autorskie „Prawo i zbrodnia: kryminały Jacka Dubois”, prowadzone przez Wiktora Rusina, dotyczyło pisania na styku prawa i literatury. Podczas rozmowy ze znanym adwokatem Jackiem Duboisem doszło do pierwszych w historii festiwalu ustaleń między lokalnym twórcą a mieszkańcami w sprawie powiązania jego twórczości z Sadybą. Za namową autora trzy opowiadania pisarza mają w przyszłym roku zyskać formę piosenek zespołu Sadyba Śpiewa. Obecne na spotkaniu przedstawicielki zespołu pozytywnie przyjęły propozycję pisarza.
Zaskoczenie 5: Małe biznesy i powody, dla których warto chronić Jeziorko
Niedzielny poranek, godziny 9:00–13:00, Skwer Starszych Panów – w tym miejscu i czasie miał miejsce pchli targ, na którym mieszkańcy wystawiali rzeczy z piwnic, strychów i zakamarków. W tym roku po raz kolejny zwiększyła się liczba stoisk prowadzonych przez dzieci – sprzedające lemoniadę, ciastka i własnoręczne wypieki obok zabawek z dzieciństwa. Pchli targ od lat stał się polem doświadczalnym dla małych przedsiębiorców z Sadyby.
Przy okazji pchlego targu po raz pierwszy przeprowadzono akcję zbierania opinii mieszkańców na temat tego, dlaczego warto chronić Jeziorko Czerniakowskie. Rozrzut i szczerość argumentów nas zaskoczyły. Zwłaszcza że wiele z nich pochodziło od dzieci lub nastolatków. Dziesięcioletni Teodor napisał: „Bo jest piękne i jest nasze”. Trzynastoletni Bruno wskazał: „Bo tam są lody i gofry”, a jego rówieśniczka Marta dodała, że chodzi tam ze swoimi koleżankami. Mikołaj (13 lat) wspomniał, że to „miejsce półkolonii pływania na optymistach” i określił je jako miejsce do relaksu. W innych wpisach pojawiały się pływanie na SUP-ie, spacery o każdej porze roku oraz jazda na łyżwach zimą. Czterdziestoczteroletni Mariusz przypomniał z kolei, że to największy naturalny zbiornik wody w Warszawie, jednocześnie rezerwat i kąpielisko, gdzie zimą pojawiają się morsy.
Obok wątków rekreacyjnych powtarzały się też wpisy dotyczące przyrody. Ośmioletni Bruno i czterdziestosześcioletni Michał napisali, że jeziorko jest domem dla wielu zwierząt. Inne wpisy nazywały je „naszym skarbem narodowym”, „ostatnim takim miejscem” i „płucami Sadyby”. Jeden z mieszkańców napisał, że Jeziorko trzeba chronić, „bo to wyjątkowe miejsce dzikiego życia w środku miasta”, a inny – „bo tu jest nasza natura!”. Był też wpis, który odbiegał od pozostałych: „Bo tu znalazłam swoją miłość”.
Do akcji zbierania opinii dołączyła mieszkająca na Sadybie minister funduszy europejskich Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Poza wpisaniem się na tablicę udostępniła wpis o akcji w swoich mediach społecznościowych.
Zaskoczenie 6: Kobieta-anioł z Sadyby
Niedzielne popołudnie w Domu kultury i natury Ferment przy ulicy Iwonickiej 40 poświęcone było wspomnieniom. Spotkanie „Kasia wspomina Tyma, my wspominamy Kasię”, prowadzone przez Aleksandrę Karkowską i Roksanę Jędrzejewską-Wróbel, formalnie dotyczyło ostatniej książki Katarzyny Stoparczyk o Stanisławie Tymie, ale w dużej mierze poświęcone było samej autorce, zaangażowanej wcześniej w działania festiwalowe.
Na spotkanie przyszły m.in. dziewczyny, które dziś są nastolatkami, a jako siedmiolatki trafiły do prowadzonego przez Katarzynę Stoparczyk programu w radiowej Trójce i zostały w nim na dłużej. Opowiadały, że traktowała je zawsze z szacunkiem i uważnością. Mówiły, że kiedy widziała, że się denerwują przed programem, brała je za ręce, uśmiechała się do nich, kucała, żeby patrzeć im w oczy na ich wysokości, podpytywała, jak się mają i co się u nich dzieje. Podkreślały, że zawsze czuły się przy niej zaopiekowane i bezpieczne.
Podczas spotkania pokazywano zdjęcia, w dużej części zrobione na Sadybie, oraz odczytywano wspomnienia nadesłane wcześniej do organizatorów. Zbierano też podpisy pod inicjatywą utworzenia skweru im. Kasi Stoparczyk. Zgodnie z przepisami nadanie imienia jest możliwe dopiero po pięciu latach od śmierci – od śmierci Katarzyny Stoparczyk minął na razie rok.