Stanisław Grochowiak (1934–1976) to jedna z najważniejszych postaci polskiej literatury powojennej - poeta, prozaik, dramaturg i scenarzysta, współtwórca nurtu nazwanego przez krytyków turpizmem, obok Tadeusza Różewicza i Mirona Białoszewskiego. Jego wiersze trafiły do podręczników szkolnych, a książki i dramaty - na ekrany kin i telewizji.
Janusz Zaorski na podstawie jego tekstów nakręcił „Kaprysy Łazarza” i „Partitę na instrument drewniany”, w której zagrał Piotr Fronczewski, a Ryszard Ber - „Chłopców”. Jego wiersz „Upojenie” zaśpiewali w duecie Anna Maria Jopek i Michał Żebrowski, a kilka lat później Jopek nagrała go jeszcze raz ze słynnym amerykańskim gitarzystą jazzowym Patem Methenym. Sam Grochowiak pisał też scenariusze, między innymi razem z Janem Himilsbachem (tym od kultowego „Rejsu”).
Niewielu wie jednak, że ten sam człowiek od końca lat pięćdziesiątych do połowy siedemdziesiątych (1958-1976) mieszkał na Sadybie, w Bloku Oficerskim przy ulicy Morszyńskiej - w mansardzie, którą wcześniej zajmował malarz Stanisław Czajkowski, upamiętniony przez Wyspiańskiego w „Weselu”.
Właśnie ta mansarda jest punktem wyjścia fragmentu pierwszej pełnej biografii poety „Menuet z Grochowiakiem” autorstwa Lidii Sadkowskiej-Mokkas (2026). Z tego fragmentu, który publikujemy poniżej, wyłania się Grochowiak, którego nie znają podręczniki. Boi się ducha poprzedniego mieszkańca mansardy. Kłóci się z żoną o to, gdzie stał uliczny żebrak. I o to, czy nie podkochiwała się w Józefie Cyrankiewiczu, którego widziała w telewizji. Jest współautorem szlagieru, który częściowo powstał na Morszyńskiej - dla Kazimierza Grześkowiaka. Jest gospodarzem domu, do którego na obiad przychodziła Iga Cembrzyńska. Jest też zwolennikiem kar pieniężnych za przekleństwa - nawet za niewinne „cholera”.
Całą książkę, z pasjonującymi historiami z zawodowego i prywatnego życia Stanisława Grochowiaka, będzie można kupić podczas spotkania autorskiego na Sadybie. Autorka biografii „Menuet z Grochowiakiem” Lidia Sadkowska-Mokkas opowie w trakcie spotkania m.in. o tym, jak wyglądało nieznane oblicze słynnego poety za czasów jego mieszkania na starej Sadybie. Spotkanie odbędzie się w sobotę, 20 czerwca, w godzinach 13:00–14:00, w ogrodzie przy Bloku Oficerskim, ul. Morszyńska 7 - w ramach Festiwalu Otwarte Ogrody Sadyby 2026 i w 50. rocznicę śmierci poety. Rozmowę poprowadzi Wiktor Rusin. Wejście wolne.
Poniższy fragment biografii „Menuet z Grochowiakiem” Lidii Sadkowskiej-Mokkas publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy książki, Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Stanisława Grochowiaka w Lesznie. Śródtytuły pochodzą od redakcji.
Dawna pracownia malarza Czajkowskiego
Miasto Ogród Sadyba. Południowe rewiry Warszawy, granica Dolnego Mokotowa i Wilanowa. Długi blok w kształcie litery L, projekt Aleksandra Więckowskiego, wybudowany w 1928 roku przez Inicjatywę Oficerskiej Spółdzielni Mieszkaniowo-Budowlanej „Sadyba” z przeznaczeniem dla podoficerów ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Dwa piętra oraz mieszkalne poddasze. Sześć klatek schodowych o różnych numerach – Morszyńska 1, 3, 5 i 7 oraz Powsińska 24 i 24a. Zatopiony w zieleni drzew, dwuspadowy dach z czerwonych dachówek, z lukarnami.
Przed wojną, poza wojskowymi, mieszkali tutaj urzędnicy, naukowcy, artyści. W korytarzu solidne schody, mozaikowo ułożone biało-czarne płytki na podłodze, okna na półpiętrach z szerokimi parapetami. Lokale ostatniej kondygnacji budynku z malowniczymi skosami. Klimatyczne mieszkanie, mansarda. Przez lata pracownia malarza Stanisława Czajkowskiego, ucznia Jacka Malczewskiego, uczestnika (razem z bratem Józefem) wesela Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną w podkrakowskich Bronowicach.
Żeby w latach pięćdziesiątych dostać się tutaj z centrum miasta, trzeba jechać z przesiadkami. Najpierw wsiąść w trolejbus, a potem w tramwaj. Wysiąść przy pozostałościach carskiego fortu przy Powsińskiej. Zatopiona w zieleni „wyspa” z odbudowanymi willami i blokami to skonkretyzowanie idei Ebenezera Howarda.
Anna Grochowiak, córka, zamieszkania w paksowskiej kolonii domków w Brwinowie nie może pamiętać. Urodziła się, jako jedyna z rodzeństwa, w Warszawie. „Kiedy rodzice kupili mieszkanie mansardę po malarzu Stanisławie Czajkowskim. To był bardzo dobry malarz polski okresu międzywojennego – wyjaśnia. A mieszkanie, dawna pracownia, czarowne ze stryszkami i z duchem artysty. Ojciec mocno wierzył w historię o duchu. Ale ważny był też fakt, że wcześniej przebywał tutaj malarz, a przecież i on we wczesnej młodości marzył o tej profesji”.
Bał się ducha Czajkowskiego. Dopatrywał się go w trzeszczeniach szafy, szmerach na stryszku. Postać malarza w równym stopniu fascynowała go i budziła grozę. Wyostrzała wyobraźnię. Może to zasługa dopingu Wielkiego Nieobecnego, że nie przeszła mu ochota do rysunków i malunków. Nie przestał malować.
Był religijny „po swojemu” i przesądny. Wierzył w zaświaty. Kiedy „na stryszku” słyszał podejrzane hałasy, nie szedł sprawdzić sam, lecz wysyłał na zwiady Madzię. Dzieci zapamiętały, że to mama wypędzała koty, drwiąc nieco z zabobonności męża, czego nie znosił. Lękał się duchów, ale na ścianie w pokoju, gdzie pracował, odważnie spoglądał na topielicę znad Sekwany. Modny bibelot, odwzorowujący gipsową maskę zdjętą z twarzy młodej kobiety wyłowionej w Paryżu na początku XX wieku, którą Baudelaire określał „bezimienną”.
Małomiasteczkowa Sadyba
Tadeusz Kubas, odwiedzający poetę na Sadybie, zwróci uwagę nie na topielicę znad Sekwany, a spory księgozbiór literatury rodzimej i światowej. A także pianino, na którym Grochowiak komponował melodie do wybranych utworów, z czym wobec przyjaciół się nie zdradzał. Stefan Połom, olsztyński poeta, zanurzony w klimacie Hybryd, kilkakrotnie gościł w mansardzie Grochowiaków. A podczas spacerów ze Staszkiem poznawał okolicę. Oddzielona od śródmiejskich rewirów Sadyba lat sześćdziesiątych wyróżnia się małomiasteczkową aurą. Przed sklepikami koper, majeranek, bażanty, beczki z kiszoną kapustą i ogórkami, a w środku odurzający zapach, jak bywało w dawnych kolonialkach.
Okolica peryferyjna, prowincjonalna, prawie wiejska. Fosa Fortu Dąbrowskiego. Baśniowe miasteczko. Brukowane ulice, gazowe latarnie. Kuny, jeże, ptactwo znad pobliskiego jeziorka. Za oknem Grochowiaków na Sadybie kumkają w fosie żaby – zapamiętuje Śliwonik. Staszek gra na pianinie. Na ścianach błyszczą malowane przez niego obrazy. Ziemniaki pachną po poznańsku. Co lubi grać? Zależy od nastroju. Roman prosi o Miasteczko Bełz, bo przy tym utworze, kiedy Staszek gra i obaj raczą się winiakiem, potrafi się pięknie wzruszać.
Czasem – wspomina odwiedzający wielokrotnie mansardę przy Morszyńskiej Łukasiewicz – wystarczy wyjść z domu na Sadybie i przez „Powsińską, placyk Bonifratrów”, miejsca dobrze znajome, udać się „prosto na Russel Street do księgarni pana Tomasza Davies”, gdzie na zapleczu przebywa doktor Samuel Johnson, do świata, który jest światem dawnych pamiętników, podręczników gospodarstwa i ksiąg kucharskich.
Goście przy Morszyńskiej
W mieszkaniu na Sadybie, na zaproszenie Madzi, kilka razy gości żona licealnego kolegi Grochowiaka Andrzeja Krystyna Kuczkowska. Co utkwiło jej w pamięci? Ładne mieszkanie, ale puste. Surowe wnętrze, mało mebli. Żadnych fikuśnych firaneczek czy ozdóbek. Wystrój minimalistyczny. Lubiły się z Madzią, ale różniły prawie we wszystkim, również w sposobie aranżacji wnętrz. Krystyna kocha detale, lustra, antyki, porcelanę, bibeloty.
Końcówka lat pięćdziesiątych to czas, kiedy, jak obrazowo mówi Kuczkowska, u Grochowiaków „dzieci sypią się jak na gwiazdkę prezenty”. Kiedy przyjedzie ponownie, w latach sześćdziesiątych, podrosną. Będą przysłuchiwać się rozmowom, biegać i ślizgać po parkiecie. Podczas każdej wizyty przy Morszyńskiej została czymś uraczona. Żadne nadzwyczajne smaki. To okres prób, największe sukcesy kulinarne są jeszcze przed Madzią.
Oczywiście, że bywały rewizyty – uprzedza pytanie. Kiedy koleżanka przyjeżdżała do Leszna, wpadała do niej na pogawędki, kawę i ciasto. Przeważnie sama, bez dzieci. Z latoroślami, już dojrzałymi, przyjechała na promocję książki Teodora Krupkowskiego Ten piękny dzionek, już po odejściu Staszka. Krystyna zaprosiła wszystkich przyjaciół Grochowiaka do siebie na przyjęcie.
Roman Zdanowicz, dziennikarz „Gazety Olsztyńskiej”, odwiedzający poetę w latach siedemdziesiątych, w okresie, kiedy Sadyba zatraca dziewiczy charakter, dzieli się impresjami z bloku i okolicy: „Przedwojenny dom, w którym znajduje się mieszkanie poety, to jest jak na tamte czasy budynek wyjątkowy w tej dzielnicy: kilka klatek schodowych, grube mury z cegły. Za oknami rozciąga się ogród przechodzący w stary park. Wraz z małymi, często rozpadającymi się, biednymi domkami – mówi do niego Grochowiak – ginie kawałek autentycznego warszawskiego folkloru, który tak dobrze znam. Znam nawet miejscowe piosenki, które nie weszły do wielkiego warszawskiego repertuaru. Nie, nie mam zamiaru ogłosić ich drukiem, choć piosenka, szczególnie poetycka o charakterze balladowym, jest mi dość bliska”.
Mansarda niewielka, za to stylowa i przytulna. Zaraz po wejściu przedpokój i kuchnia, na prawo pokój dzieci. Z przedpokoju na lewo wchodzi się do małego i dużego pokoju – przestrzeni rodziców. Grochowiak pracuje w saloonie. Tutaj przyjmuje gości.
Wiktor Rey (Reyzz-Rubini), ówczesny mąż Krystyny Brzechwy, który ma za sobą wiele wizyt przy Morszyńskiej, wspomina: „Dziesiątki, a może raczej setki razy byłem u Grochowiaków w domu. Madzia zawsze na bardziej zaaranżowane spotkanie pieczołowicie zastawiała stół: przekąski, zakąski, w takim tradycyjnym stylu. Umiała to robić i chyba lubiła. Staszek zaś dbał o finanse, dawał pieniądze na dom. I nie unikał też odpowiedzialności za dzieci. Pamiętam taką sytuację, że do Pawła, młodszego syna, który był leworęczny, przyczepili się za to w szkole. Staszek poszedł do szkoły i miał mocne starcie z nauczycielami o Pawła. Oni żądali, żeby Paweł zaczął pisać prawą ręką. Potem ekscytowaliśmy się tą sprawą i oburzali na głupotę nauczycieli”.
Mieszkanko z pokoikiem dzieci umeblowanym łóżkami, „salon” z pianinem podarowanym przez Mirosława Malcharka, na którym Staszek grywa „z wielką pasją i nie mniej wielką nieumiejętnością” – zapamiętuje Wieczorkowski. A także nieodzowny element – winiaczek, który pomału przestaje być „niewinnym stymulatorem nastroju”.
Sadyba w wierszach
Grochowiak wrasta w Sadybę. Podoba mu się, że oddalona od centrum, stanowi enklawę. Miasteczko w mieście. Atmosferą przypomina rodzinne Leszno. Mansardę uwieczni w latach siedemdziesiątych, zamieszczając w cyklu Peryferii delikatne umieranie w tomie Bilard: Mam jeszcze azyl. Bielona mansarda / Wśród drzew rzucona – jak skorupa pośród / Łąki fabrycznej. Tym wzgardzeniem harda. / Bo ile środków ma byle mimośród? […].
Wiersz ewokuje Sadybę z furmankami, „echem końskich kopyt”, „izdebkami sennymi jak chłopca powieki”, niewyasfaltowanymi drogami, leśnymi ścieżkami prowadzącymi nad jeziorko. Sadybę końcówki lat pięćdziesiątych. Taką, do jakiej się sprowadził. Oddzieloną od centrum, bo miasto kończyło się, przynajmniej tak się to odczuwało, przy Czerniakowskiej, na wysokości Chełmskiej. Do tego miejsca był asfalt. Dalej zaczynały się kocie łby. Rozciągał się specyficzny pejzaż, słychać było „muzykę” – dźwięki małego miasteczka, a nawet wsi.
Więc dobrze słuchaj, mój już bliski wnuku! / Miałem ja noce, co starczały za msze, / Kiedy słuchałem końskich kopyt stuku, / Tak baśniowego, jak ich nozdrzy zamsze. Utrwala nie tylko miejsce, ale i sąsiadów, wpisując w materię wiersza dramatyczne wydarzenia, jakie stały się ich udziałem. W przypadku żony generała Branickiego – odcięcie stopy przez tramwaj. I tak los zostaje przecięty na przedtem i potem. Najpierw była wesołość, spotkania z przyjaciółkami, kawa w porcelanowych filiżankach, piękne stroje, pogodne.
Urokliwa mansarda na Sadybie
Urokliwa mansarda na Sadybie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych tętni życiem. Przy Morszyńskiej, podobnie jak kiedyś w Lesznie przy Święciechowskiej, nieustannie pojawiają się goście. Najczęściej Jerzynowie, Krystyna Brzechwa, Krasińscy, Sabina Czubacka, Tadeusz Dominik. Odbywają się nasiadówki przy stole, prywatki z tańcami. Wtedy jest najweselej. Ojciec, wspomina Anna, nastawia płytę z hitami w stylu Glenna Millera w adapterze, bo lubi pląsać, a ponieważ znajduje się w wyśmienitym nastroju, uczy dzieci tańca.
Madzia przynosi z kuchni i stawia na stole wielkopolskie dania: ziemniaki zapiekane w mundurkach z gzikiem, czyli twarożkiem wymieszanym z posiekaną cebulką. Przy większych uroczystościach lub na święta pojawiają się kluski na parze i kaczka z jabłkami oraz czerwoną (modrą) kapustą. Goście dyskutują, chwalą kulinarne zdolności gospodyni. Popijają wino, raczą się likierami. Nikt nie może stąd wyjść głodny.
Jerzyna, który po raz pierwszy przekracza próg przy Morszyńskiej w połowie lat sześćdziesiątych, głodny jak wilk, zapamięta, że podano na obiad gołąbki. „Smak nadziemski, cudowności!”. „Byli goście, z dziesięć osób – i wszyscy zostali nakarmieni. Wracając do potraw – a zupy Madzine: rosół, pomidorowa, koperkowa, cytrynowa – długa lista płynnych smakowitości. Szczególnie, gdy poprzedniego dnia była ostra popojka. W któreś święta Bożego Narodzenia jadłem u Grochowiaków czysto poznańską potrawę: kaczkę pieczoną i kluski na parze”.
Dzieci: „Życie kręci się w kuchni. To królestwo mamy. Zawsze wisi tam czosnek, papryka, jesienią grzyby. A w wazonach stoją kwiaty. Dużo kwiatów, choćby polne. Staszek każdą wolną chwilę spędza w kuchni. Jak skończy wiersz, woła Madzię, siadają i czyta. Madzia jest krytyczna, a on bierze jej opinię pod uwagę. W jakim stopniu? Pewnie niewielkim. Ale bierze. Mama w kuchni jest artystkę. Pięknie przystraja stół. Jak nie ma pieniędzy, przyrządza coś z niczego. Pierwsza zasada: trzeba kochać jeść. Nic, tylko gotuje.
„Ojciec wciąż wraca do domu z mnóstwem znajomych, trudno zliczyć, ile mamy wujków, pół Warszawy, wszystkich trzeba nakarmić. […] W chwilach biedy żywimy się naleśnikami i śledziami przyrządzanymi na dziesiątki sposobów. Smak wielkopolskich pyr z gzikiem poznają wszyscy goście. Chwalą Madzię, zazdroszczą jej kulinarnego sprytu i umiejętności. Szczególnie na początku żyjemy w skrajnej biedzie. Potem bywa lepiej. Na Boże Narodzenie mama przygotowuje kaczkę i kluski na parze, kolejne poznańskie danie, którym znajomi rodziców są zachwyceni”.
Wiersze dla najmłodszych
Okazjonalnie pisze Grochowiak wiersze dla dzieci, ale czuje, że w tej dziedzinie nie dorówna Tuwimowi, Brzechwie, a nawet Broniewskiemu. Córka Anna pamięta, kiedy tłumaczy im, że dla dzieci pisać najtrudniej. Gdy zdziwione pytają, dlaczego, bo oni myślą, że najłatwiej, wyjaśnia: „Bo trzeba napisać prosto i zrozumiale, ale równocześnie musi w tym tkwić głęboki sens”.
„Dlaczego pisał dla dzieci?” – będzie zastanawiał się Stanisław Grabowski. „Powodów było wiele. Miał przecież dom, żonę, gromadkę dzieci, a to było dobre miejsce obserwacyjne. A że ani konceptu, ani zmysłu obserwacji nigdy mu nie brakowało…”. Były też inne powody – jak znajomość z redaktorem dwutygodnika „Miś” Czesławem Janczarskim, który do pisma, stworzonego wspólnie ze Stanisławem Aleksandrzakiem, zachęcił wielu dobrych poetów. Maria Sołtyk jest pewna, że stało się to za sprawą jej rysunkowych miniatur. To wtedy Staszek otworzył się na twórczość dla dzieci.
Pamięta, jak zachęcał ją, aby rysunki uzupełniała tekstem. Kiedy ma trochę czasu i chce pomóc w lekcjach, mówi: „No, pokaż, co tam masz?” albo „Jak wypracowanie?”. Trzy, cztery zdania dyktuje, potem zatrzymuje się na jakimś interesującym wątku. Teraz mozolna faza rozwijania tematu, uruchamianie kontekstów. Szukanie sensów naddanych. Drążenie i prześwietlanie. Pomoc kończy konkluzja: „Już wszystko wiesz, więc napisz sama”.
Niedziele w gronie artystów
W tygodniu wraca późno, zmęczony, w stanie różnym. Tylko w niedzielę jest wolny, to czas przeznaczony dla rodziny. Z obiadem, grą w cymbergaja albo w bilard, który zakupił dla siebie i dzieci. Mniejszy, ale podobny do tego z Boszkowa i tak jak tamten, pośrodku „z grzybkiem”. Mansarda przy Morszyńskiej otwarta dla znajomych i przyjaciół, emanuje artystyczno-cyganeryjną aurą. Przychodzą twórcy, aktorzy, reżyserzy, autorzy tekstów piosenek, nie tylko poeci. Grochowiak wchodzi w rolę mentora. W gronie wywodzących się z teatralnych czy estradowych kręgów: Iga Cembrzyńska, Kazimierz Grześkowiak, Wojciech Siemion.
„Oni wnosili ducha artystycznego do naszego domu – wspomina Anna Grochowiak. My byliśmy wpuszczani na początku wizyty. Ojciec przedstawił nas, posiedzieliśmy przez chwilę, przysłuchując się rozmowie. Pan Grześkowiak przyjeżdżał i konsultował z ojcem nowe utwory. Można powiedzieć, że szlagier Chłop żywemu nie przepuści był tworzony częściowo na Morszyńskiej. Ojciec, jako życzliwy krytyk, miał w tej piosence swój udział”.
Ania pamięta, kiedy w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, przed Igą Cembrzyńską, na prośbę ojca, zaśpiewała piosenkę: Biedroneczki są w kropeczki. Jak stała przejęta w pobliżu kaflowego pieca, z tremą i nieśmiałością siedmioletniej dziewczynki. A potem radowała się, bo otrzymała pochwały i brawa. Mogła poczuć się, jak na scenie.
Odwiedziny Cembrzyńskiej stały się w bloku na Sadybie wydarzeniem. Agata Krencik, mieszkająca z rodzicami vis-à-vis Grochowiaków, pamięta, że dzieciaki mogły przyjść z jakąkolwiek książką i otrzymać od artystki autograf. Ona nie poszła, ale jej starsza siostra Dorota skorzystała z okazji. To, że Grochowiak zaprzyjaźnił się z Igą, nie jest przypadkowe. Cembrzyńska to kuzynka Marii Sołtyk. Jeśli uwzględni się koligacje, de facto dla Igi ciocia. Razem wychowywały się w Brześcach, pomiędzy Kazimierzem a Janowem, w dworze z rozległym parkiem. W „oazie świata”, zanim to miejsce doszczętnie spustoszyła wojna.
Dom pełen gości i zwierząt
Madzia jest dowcipna. Często się śmieje. Lubi żartować. W tych momentach jej twarz jaśnieje. Ma chochliki w oczach. Kiedyś dla zgrywy szykuje wieczerzę wigilijną cyganeryjną: bez obrusu, na gazetach. Stawia na stole butelkę, salceson, kaszankę, popielniczki pełne petów i mówi: „Jak melina, to melina!”. Konsternacja. Dzieci smutne, bo uwierzyły w żarcik mamy, dały się nabrać. A bożonarodzeniowe potrawy, wyczarowane przez Madzię ostatniej nocy, czekają na wieczerników spokojnie w kuchni.
Pomimo że Staszek stanowi spiritus movens, to obecność Madzi – cudownie dotykalna – czyni z mansardy przy Morszyńskiej miejsce domowe. Na ścianach obrazy zaprzyjaźnionych malarzy: Gielniaka, Dominika, Stajudy, Krysi Brzechwy. Dzieci odrabiają lekcje. Suczka Goga i kot Arnold przechadzają się w przedpokoju. Jest normalnie i zwyczajnie. „Jak w domu rzemieślnika. Tak jak w wierszach Grochowiaka”.
„Psy i koty, zawsze zgodne, plus jakiś podleczony gawron i coś tam jeszcze, stwarzały niepowtarzalny klimat (wraz z chmarą dzieciaków) tego domu, gdzie rządziła pani Magdalena (dla swojaków Madźka), niekwestionowana liderka – mimo że czasami usuwająca się w cień – Królowa Matka” – wspomina Malcharek. W połowie lat siedemdziesiątych, dla częstszych spotkań ze Staszkiem, Mirosław przeprowadzi się na Sadybę. Los pokrzyżuje plany, sprawi, że nie zdąży nacieszyć się towarzystwem przyjaciela.
„Grochowiakowie prowadzili dom otwarty – wspomina Artur Żalski, komponujący muzykę do niektórych wierszy autora Kanonu – Staszek przyprowadzał kolegów. Mnie takie długotrwałe bale nigdy nie bawiły, więc nie bywałem tam zbyt często. Zawsze coś się działo: albo żona uciekała, albo Staszek ją właśnie gonił po schodach, dzieciaki biegały… Pieniędzy nigdy nie było za dużo, bo nawet jak Staszek zarobił, to szybko wydawał, trzeba było różne długi pooddawać. Żyli z dnia na dzień”.
Śliwonik, biorąc pod lupę środowisko rodzinne kolegów, napisze, że zna tylko dwie żony, które były dumne z zawodu męża literata. „Były to Magda Grochowiakowa i Barbara Himilsbach, «Basica». Jeśli ktoś napomknął coś złego o Staszku, Magda uśmiechała się drwiąco i patrzyła z wyrozumiałością wymowną, że delikwent musiał czuć się ośmieszony”.
Reguły domu i kłótnie
Może na co dzień jest inaczej niż w domach kolegów, ale obowiązują zasady. Madzia nie pozwala dzieciom oglądać kultowego czarno-białego serialu Czterej pancerni i pies. Mówi, że to nie dla nich. Nie chcą odstawać od rówieśników. Wymykają się z mieszkania i losy „pancernych” śledzą u sąsiadów.
„Oj, potrafi być zasadnicza. Płacimy kary za błędy ortograficzne. Z kieszonkowego, które daje nam ojciec. Kiedy trzeba, nie ma dla nas litości. Paweł miał dżinsy rifle za 19 dolarów, kiedyś na Mariensztacie wymienia je na płytę. Do domu wraca bez spodni, a Madzia na to: «Trudno, nowych nie dostaniesz, będziesz chodzić w szarakach nieprzecierkach». Jak ktoś z nas przychodzi z rozwaloną głową, to też podchodzi do tego ze stoickim spokojem. Kiedy klepiemy biedę, robi na handel swetry”.
Domowa doraźność spoczywa na barkach Madzi, bo Staszek, nawet jeśli chce pomóc, to więcej nabroi albo zrobi sobie krzywdę. Za to dba, żeby nie wydała i nie rozdała wszystkich pieniędzy. Pilnuje rachunków. Zabezpiecza bieżące potrzeby. Stara się, aby rodzinie niczego nie brakowało. Kiedy w latach siedemdziesiątych zamieszka u Marii Sołtyk w bloku na Saskiej Kępie, pieniądze będzie przelewał za pośrednictwem partnerki w pocztowych przekazach.
Ich życie, chwilami pogodne i wesołe, niekiedy pełne wichur, wyładowań i tarć, cyganeryjno-artystowskie, nie jest sielanką. To zderzenie silnych osobowości. Zdarzają się chwile, że Madzia, doprowadzona do ostateczności, traci cierpliwość. Buntuje się. Nie zamierza być potulną żoną. Stawia warunki, ale hardy Staszek nie ma ochoty tym warunkom sprostać. Kiedy się kłócą, to zażarcie, na noże. Niekiedy, wycieńczony po wyładowaniu, musi się wyciszyć i na dwie godziny zamyka się w łazience. A potem nie wiadomo, o co komu chodziło, bo w sprzeczkach nie zawsze grają rolę rzeczy istotne. Bywa, że pożar powoduje błahostka.
Jedno z absurdalnych wyładowań wspomina Marek Nowakowski: „Spór rozpoczął się od próby umiejscowienia znanego nam żebraka przykościelnego z wielką, dziką brodą. Staszek twierdził, że jego posterunek znajdował się przed kościołem św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Natomiast Madzia, jego żona, umiejscawiała go przed kościołem św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Trwali przy swoim, coraz bardziej upierając się i podnosząc głos. Staszek wpadł w furię. «Powiadam ci, na placu Trzech Krzyży!» – wykrzykiwał wibrującym głosem. Z trudem udało nam się zmienić temat rozmowy”.
Oboje temperamentni, więc spór narasta błyskawicznie, a kłótnia wisi w powietrzu. „Ojciec zawsze dostrzegał w mamie ładną kobietę i był o nią zazdrosny. Zdarzyła się nawet kiedyś awantura o Cyrankiewicza. To było coś przekomicznego, bo mama oglądała Cyrankiewicza w telewizji i coś może powiedziała albo w zbyt dużym skupieniu słuchała, ale ojca to zdenerwowało, że ona się pewnie zakochała w Cyrankiewiczu. Myśmy się oczywiście śmiali, ale była w nim ukryta zajadłość”.
„To prawda. Mogły być skrajne emocje, bo oni się kochali prawdziwie. Tam była miłość i gniew, ale nigdy nie było obojętności” – potwierdza w kawiarni przy Nowym Świecie żona Jerzyny Anna Bisping. Pamięta, kiedy razem ze Zbyszkiem gościli przy Morszyńskiej w gronie przyjaciół i Staszek podarował żonie okazały złoty pierścionek z ametystem. A potem posprzeczali się o jakąś błahostkę i Madzia, aby zrobić mężowi na złość, wyrzuciła podarunek przez okno. Szukali go potem wszyscy. Nadaremnie.
Codzienność małżeństwa
W opanowaniu codzienności towarzyszy mu bezradność dziecka. Gdy ma przybić gwóźdź, to jest do przewidzenia, że sobie palce młotkiem poobija. Nawet, kiedy ochoczo mówi: „Ja to zrobię!”, to musi się to skończyć katastrofą. A co chciał naprawić, ostatecznie zepsuł. Czy rzeczywiście nie radzi sobie z domową codziennością? Małgorzata Grochowiak wspomina w rozmowie, jak kiedyś w domu zapchał się sedes i oni dla żartu wywiesili kartkę: „Srać można tylko do wanny”. Ojca nie zachwyciła kreatywność dzieciaków. Nie zaakceptował wyrażeń obscenicznych. Nie tolerował wulgaryzmów. Były dla niego przejawem ubóstwa, wyrazem zaniku inteligencji. Nawet za neutralnie nacechowany wyraz „cholera” musieli płacić po złotówce.
Poirytowany treścią kartki, ubrany na galowo, w białą koszulę, pod krawatem, chciał wykazać się przed rodziną. Zamknął się w łazience, zaczął majstrować przy sedesie, posługując się gumową meduzą oraz drutem. Niczego nie udało mu się naprawić. W efekcie fekalia wylewały się na posadzkę. Przerażenie i panika, a zaraz potem krzyk na całą Sadybę: „Madźka, ratunku, topię się!”.
Co rano ta sama sceneria. Z powodu braku ciepłej wody w kranie z czajniczkiem gorącej wody wędruje do łazienki. Zaraz rozpocznie się domowe misterium – poranna toaleta i golenie. Łazienka to miejsce strategiczne. Trzeba je „zaklepać”, chociaż wiadomo, kto z racji zawodowych obowiązków ma tutaj pierwszeństwo.
„Codziennym rytuałem była zawsze toaleta ojca. Gdy zamierzał szykować się do wyjścia, informował o tym wcześniej i wiadomo było, że zniknie w łazience na dłużej. Bardzo dbał o siebie. Lubił być dobrze ubrany. Kiedy modne były apaszki, ojciec chodził w apaszkach, gdy modne były kamizelki, ojciec chodził w ulubionej skórzanej kamizelce, lubił dobrej jakości płaszcze, zawsze z wełny. A w domu zakładał bonżurkę z atłasowymi wyłogami na koszulę i to było bardzo eleganckie w tamtych czasach. Nie mieliśmy w zwyczaju przebierania się w domowe ubrania. Zawsze przecież mógł ktoś przyjść”.
Olga opowiada, że kiedy w latach sześćdziesiątych odwiedzał ich w Gdańsku, zajmował długo łazienkę. Ponieważ to okres, kiedy zaczynał zatracać bujną czuprynę, wcierał, co ich niezmiernie śmieszyło, w miejsca ubytków odżywkę na porost włosów. Niepisany podział ról. Anna Grochowiak wspomina: „Mama zajmowała się domem i nami, ojciec dbał o pieniądze na dom i życie. Pamiętam, że zawsze, jak szli przez podwórko, gdzie był pogłos, to słyszeliśmy drobne i szybkie: tup, tup, tup mamy i takie powolne kroki ojca. To mama nosiła siatki, rzadko kiedy ojciec, czasami się zawstydzał i łapał torby, ale zazwyczaj, kiedy szli na zakupy, to mama była od dźwigania, decydowania, a on dumnie jej towarzyszył”.
Kiedy mają problemy finansowe, Madzia pożycza pieniądze. Robi na drutach swetry na sprzedaż. Zmienia domowe menu. Zamiast dań mięsnych są pyry z gzikiem lub naleśniki. Dzieci nie są wybredne. Nie grymaszą, a poza tym lubią naleśniki.
Anna, córka poety: „Dzieci były dla niego ważne. Z mamą różnie bywało. Jak to w małżeństwie, zdarzały się lepsze lub gorsze chwile. Jeśli chodzi o nas, to nie był takim ojcem, który by nas zagłaskiwał czy brał na kolana, ale interesował się naszym losem. I starał się wynagrodzić czas, kiedy w ciągu roku przebywał poza domem. Organizował wakacje, na które jeździliśmy całą rodziną, włącznie ze zwierzętami. Pies, kot, wszyscy jechaliśmy. I tam graliśmy w nocy. Na przykład w guziki, bilard, w kierki, tumbę. Bywało, że zasiadał przy pianinie i grał, a my śpiewaliśmy. To chwile uroczyste, piękne. I za nimi tęsknię”.
„Spowiadam Boga”
Niezwykłe chwile to święta. Najbardziej ulubione – Boże Narodzenie. Żywa, pachnąca lasem, ubrana na biało choinka. Dwanaście potraw, tak jak kiedyś przy Święciechowskiej. Rodzice kupują dzieciom prezenty, chowają przed nimi na stryszku. Dostaną je podczas Wigilii. Któregoś roku dzieci odnajdują kryjówkę. Od rana, nie czekając na pojawienie się pierwszej gwiazdki na niebie, bawią się samochodami, wózkami, lalkami. Kiedy ojciec wraca z pracy, radosny nastrój mija. Już po minie widać, że nie jest zadowolony, jednak złość na niewdzięczników ulatnia się szybko. Zasiadają przy stole. Łamią się opłatkiem. Składają sobie życzenia.