Jego melodie nuciła cała Polska – przy serialu Dom, przy przygodach Bolka i Lolka, przy kostiumowych Czarnych Chmurach i Hrabinie Cosel. Waldemar Kazanecki (1926–1991) był jednym z najbardziej pracowitych i wszechstronnych kompozytorów polskiej muzyki filmowej, a jednak jego nazwisko rzadko pojawia się obok tytułów, które rozsławił. W setną rocznicę urodzin warto przywrócić mu należne miejsce.
Człowiek z nutami w głowie
Waldemar Kazanecki urodził się 29 kwietnia 1926 roku w Warszawie – choć w różnych źródłach biograficznych pojawia się też data 23 kwietnia 1929. Podczas II wojny światowej pobierał prywatne lekcje gry na fortepianie, a po wojnie kształcił się równocześnie w Konserwatorium Łódzkim i w liceum przyrodniczym. W latach 50. pracował jako redaktor muzyczny w Rozgłośni Śląskiej Polskiego Radia w Katowicach, pobierając przy tym lekcje kompozycji u Jana Gawlasa. Po powrocie do Warszawy w 1960 roku zaczął uczęszczać na zajęcia do Stefana Kisielewskiego i związał się z Filmem Polskim oraz z Polskim Radiem i Telewizją.
Pierwsze kompozycje do filmów wyszły spod jego ręki w 1959 roku. Grażyna Kazanecka wspominała w rozmowie z Sadyba24.pl, że mąż miał szczególny dar: wszystko nosił w głowie. „Zawsze się go pytałam: jak to jest możliwe? A on mi na to, że po prostu wszystko ma w głowie. Po prostu siadał do nut i pisał" – opowiadała. Pisanie przychodziło mu z niezwykłą łatwością, choć nie bez przerw – w trakcie komponowania regularnie piekł pasztet, w którym był mistrzem, albo zapraszał przyjaciół. Wieczorami wracał do fortepianu i pracował niekiedy do północy.
Pół godziny i nieśmiertelna melodia
W połowie lat 60. Kazanecki po raz pierwszy zetknął się z reżyserem Jerzym Antczakiem, tworząc muzykę do Hrabiny Cosel (1968) – co ciekawe, sam kompozytor uważał tę ścieżkę za swoje najlepsze dzieło. Kilka lat później współpraca z Antczakiem przyniosła coś, co na trwałe odmieniło losy polskiego kina.
Pomysł na ekranizację czterotomowej sagi Marii Dąbrowskiej narodził się podczas wypoczynku nad Adriatykiem – to żona reżysera, Jadwiga Barańska, namówiła Antczaka do podjęcia się tego zadania. Początkowo reżyser uważał powieść za „nudną i niefilmową", lecz po ponownej lekturze dostrzegł w niej potencjał dramatyczny: ujęła go, jak sam mówił, „prostota tej opowieści o dwojgu ludziach niedopasowanych do siebie, żyjących razem". Środowisko filmowe było jednak sceptyczne. Jerzy Kawalerowicz, kierownik artystyczny Zespołu Filmowego „Kadr", odrzucał kolejne wersje konspektu i scenariusza. Jak podkreślał sam Antczak we wspomnieniach, do realizacji filmu nie doszłoby zapewne bez wielkiej pomocy i pomysłowości Kawalerowicza – ale najpierw trzeba go było przekonać.
Antczak sięgnął po niespodziewaną kartę przetargową, wzorując się na praktyce amerykańskich filmowców: jeszcze przed ostateczną zgodą na produkcję zamówił u Kazaneckiego motyw muzyczny. Jak reżyser opisał to w swoich wspomnieniach "Noce i dnie mojego życia" (2009), a później wielokrotnie powtarzał w wywiadach, walc powstał w okolicznościach równie filmowych, co sama melodia. Kazanecki zapytał Antczaka, czego by chciał w tym walcu – ten odparł niezdecydowanie: „Coś jakby Fale Amuru albo Sopki Mandżurii" (dwa rosyjskie walce taneczne). Kompozytor popijając piwo zasiadł do fortepianu i zaczął coś grać – po czym przerwał niezadowolony, wypił kolejne i zaczął od nowa, przechodząc od tonacji do tonacji. Dopiero wtedy, jak relacjonował Antczak, „zapachniało czymś niezwykłym". Cały walc powstał w pół godziny. Gdy Kawalerowicz usłyszał gotowy „Walc Barbary", natychmiast zmienił zdanie i wyraził zgodę na realizację. Pojedynczy utwór, napisany w pół godziny przy piwie, ważył więcej niż miesiące batalii o scenariusz.
Grażyna Kazanecka przyznała w rozmowie z Sadyba24.pl, że jej mąż o tej historii (o decydującym wpływie motywu przewodniego na powstanie filmu) nigdy nie wspominał. „Nic mi o tym nie wiadomo. Trudno mi to skomentować. Mąż chyba nie doceniał tej kompozycji" – mówiła, dodając, że cały film Noce i Dnie uważał wręcz za przereklamowany. Słynny walc znał jednak na pamięć i grał go najczęściej ze wszystkich swoich utworów. „Wstawał wcześniej przede mną, budząc mnie walcem z Nocy i Dni. To było niebywałe przeżycie" – wyznała jego żona.
Film, który mało nie wypadł z szyn
Realizacja Nocy i Dni była przedsięwzięciem wyjątkowo skomplikowanym – prace nad scenariuszem trwały dwa lata, a zdjęcia kolejne dwa i pół roku. Budżet sięgnął 130 milionów złotych, co czyniło go jedną z najdroższych polskich produkcji tamtej epoki. Na planie nie brakowało dramatycznych przygód. Jerzy Bińczycki, któremu powierzono rolę Bogumiła Niechcica, początkowo zdecydowanie ją odrzucił, twierdząc, że jest „niefilmowy". Pierwsze sceny z jego udziałem reżyser wspominał jako fatalne – z czasem jednak aktor w pełni rozwinął swój potencjał i stworzył jedną z najważniejszych kreacji w historii polskiego kina.
Ikoniczna scena, w której hrabia Toliboski wręcza Barbarze zerwane nenufary, kręcona była w stawie w Kołodziążu. Sprawdzenie głębokości stawu zajęło ekipie całą noc – a gdy następnego dnia Karol Strasburger wszedł do wody, został natychmiast pogryziony przez pijawki. Ostatecznie zagrał scenę brawurowo, ukrywając pod spodniami białego garnituru długie gumowe kalosze sięgające bioder.
Nominacja do Oscara i hollywoodska kolejka po bilety
Film Noce i Dnie (1975) stał się jednym z największych fenomenów polskiej kinematografii. Do 1989 roku obejrzały go 22 miliony widzów w polskich kinach. Zagraniczna prasa szalała z zachwytu: „Berliner Zeitung" pisał o polskiej „Sadze rodu Forsythów" i „Wojnie i pokoju", a krytyk „New York Timesa" stwierdził wprost, że ci, którzy wątpili w możliwość powstania drugiego Przeminęło z wiatrem, powinni zobaczyć film Antczaka. W 1976 roku dzieło otrzymało nominację do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.
Jerzy Antczak, Jadwiga Barańska i Jerzy Bińczycki pojechali do Hollywood. W Los Angeles spotkał ich widok, który okazał się większym sukcesem niż statuetka: przed kinem z Nocami i Dniami stała długa kolejka widzów. W tej samej kategorii film rywalizował z Kuzyn, kuzynka (Francja), Jakubem kłamcą (NRD) oraz Siedmioma pięknościami Pasqualino Liny Wertmüller (Włochy). Ostatecznie Oscara zdobył Czarne i białe w kolorze Jeana-Jacquesa Annauda. Jak jednak dowodziły kolejne dekady – i festiwal w egipskim Theatre w 2002 roku, gdzie Noce i Dnie pokazano obok Ben Hura i Lawrence'a z Arabii – film Antczaka na trwałe wpisał się do kanonu światowego kina.
Nagrody dla wszystkich – oprócz kompozytora
Paradoks kariery Kazaneckiego polega na tym, że skomponował muzykę do jednego z najbardziej nagradzanych filmów polskiego kina, a sam nie otrzymał za Noce i Dnie żadnego wyróżnienia za życia. Dziesiątki nagród trafiły do reżysera, Jadwigi Barańskiej i Jerzego Bińczyckiego. Kompozytor nie był nawet uwzględniany w plebiscytach.
W 2015 roku na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni przyznano Diamentowe Lwy za najlepszy film i najlepszą rolę żeńską 40-lecia – znów dla Nocy i Dni i Barańskiej. Nagrodę za muzykę otrzymał zaś Wojciech Kilar za Ziemię obiecaną. „On nie przywiązywał szczególnej wagi do wyróżnień i nagród. Tworzył muzykę i koncentrował się na tym, by zrobić ją jak najlepiej potrafił" – tłumaczyła Grażyna Kazanecka. Jedyne pośmiertne wyróżnienie za Noce i Dnie to Złota Kaczka – przyznana już po śmierci kompozytora w 1991 roku.
Pięćset filmów i Bolek z Lolkiem
Kazanecki był kompozytorem o wyjątkowo szerokim spektrum twórczym. Pisał muzykę poważną – jego „Ciaccona i fuga" z 1962 roku na flet, harfę, altówkę i wiolonczelę była prezentowana na konkursach w Austrii, Chorwacji, Niemczech, Hiszpanii, Francji i Stanach Zjednoczonych. Pisał muzykę kościelną, zwłaszcza podczas pobytów w okolicach Innsbrucku i w Bawarii. Marzył o operze na podstawie historii Giordana Bruna.
Lecz to muzyka filmowa i telewizyjna przyniosła mu trwałe miejsce w zbiorowej pamięci Polaków. W szczycie aktywności twórczej, w latach 60. i 70., pisał muzykę do 11–19 filmów rocznie. Łącznie stworzył ścieżki dźwiękowe do ponad pięciuset produkcji. Obok Nocy i Dni do jego najsłynniejszych dzieł należą: seria animowana Bolek i Lolek (od 1963 roku), której czołówkę nucą do dziś kolejne pokolenia; Zaczarowany ołówek (do końca emisji w 1977); kostiumowy serial Czarne Chmury; saga Dom; oraz Kariera Nikodema Dyzmy. Grażyna Kazanecka przyznała, że jej ulubionymi kompozycjami męża były właśnie Czarne Chmury, Noce i Dnie i Dom – choć sam kompozytor na pierwszym miejscu stawiał Hrabinę Cosel.
Sadyba – dom i hymn szkolny
Waldemar Kazanecki przez wiele lat mieszkał na starej Sadybie, w domu przy ulicy Koronowskiej, który – jak mówiła żona – kochał bezgranicznie. „Bardzo kochał Sadybę i bardzo kochał ten dom" – wspominała Grażyna Kazanecka. Nie spacerował po okolicy, pochłonięty pracą; jego Sadyba to był przede wszystkim dom, fortepian na piętrze i wąski krąg przyjaciół.
A jednak kompozytor zostawił na Sadybie ślad głębszy niż tylko adres zamieszkania. W 1985 roku napisał muzykę do hymnu Szkoły Podstawowej nr 103 przy ulicy Jeziornej. Słowa hymnu stworzył Jerzy Maciej Siatkiewicz, współpracownik Kazaneckiego ze Studia Miniatur Filmowych, z którym kompozytor znał się właśnie z tej niezwykle hermetycznej środowiskowej przestrzeni, jaką było ówczesne studio animacji.
Sadyba doceniła Kazaneckiego również w inny sposób: w czerwcu 2008 roku orkiestra Sinfonia Viva wykonała tu po raz pierwszy nowe aranżacje jego klasycznych utworów, na zamówienie organizatorów festiwalu Otwarte Ogrody. Kilkanaście tych aranżacji trafiło następnie na płytę wydaną przez Agorę, która szybko uzyskała status złotej. Grażyna Kazanecka była na tym sadybiańskim koncercie w kościele przy Goraszewskiej i płytę ma w kolekcji do dziś.
Zapomniany, ale nie zaginiony
Waldemar Kazanecki zmarł 20 grudnia 1991 roku w Warszawie. Miał 65 lat. Był trzykrotnie żonaty – ostatnią żoną była Grażyna Zając z Ulanowskich, z którą rozpoczął wspólne życie w 1985 roku i ożenił się w 1988 roku. Zostawił po sobie ponad pięćset partytur i dwoje dzieci, które razem z wdową są dziś prawnymi spadkobiercami jego muzyki. Nie upamiętnia go żadna tablica ani nazwa ulicy. Grażyna Kazanecka marzyła o gwiazdce dla męża w łódzkiej Alei Gwiazd na Piotrkowskiej – gdzie po wschodniej stronie ulicy swoje miejsce mają reżyserzy, operatorzy, scenografowie i kompozytorzy filmowi – jednak jak dotąd jego nazwisko tam nie figuruje.
Muzyka jednak nie zaginęła. Serial Dom, Czarne Chmury i animacje z Bolkiem i Lolkiem wracają cyklicznie na anteny, niosąc jego melodie kolejnym pokoleniom. W 2014 roku 24-letnia organizatorka zrobiła w Kielcach festiwal poświęcony wyłącznie jego twórczości – co Grażyna Kazanecka uznała za dowód, że młode pokolenie nie zapomina o klasykach. Noce i Dnie co jakiś czas wracają też do kin plenerowych. I za każdym razem rozbrzmiewa walc, który Kazanecki skomponował w pół godziny – i który okazał się ważniejszy niż jakikolwiek scenariusz.
Więcej na ten temat
Jego walc z "Nocy i Dni" znają wszyscy. Jaki był Waldemar Kazanecki?